wtorek, 25 czerwca 2019

KAŻDY MA SWOJEGO ANIOŁA – opowiadanie.


Kobieta była wyjątkowo niemiła. Zgorzkniała i rozczeniowa. Pokrzykiwała na pielęgniarki, czyniła wyrzuty lekarzom. Nikt i nic jej się nie podobało. Na domiar złego wszystko jej przeszkadzało. Gdy więc kolejny raz upomniała jedną ze współpacjentek ze szpitalnej sali, na której i ja się znalazłam, że za głośno, oczywiście jej zdaniem, przewraca stronice gazety, nie wytrzymałam i trochę jej wygarnęłam.
- A wie pani, że i ja kiedyś byłam taka wredna jak pani! Wstrętna małpa! Też usiłowałam wszystkimi manipulować i sobie ich podporządkować . Ale już nie jestem. Bo nie warto! – pokrzykiwałam, nie licząc się z konsekwencjami.
A konsekwencje jak najbardziej mogły być. Za takie słowa w najlepszym wypadku mogłam trafić na dywanik u ordynatora. W najgorszym, przed oblicze Temidy. Jednak nie przejmowałam się tym zbytnio. Wszystkie miałyśmy już dość owej kobiety i ktoś w końcu powinien utrzeć jej nosa.
Ale dlaczego akurat ja, pomyślałam trochę przestraszywszy się własnej reakcji. Już dawno do nikogo tak się nie zwracałam. Poza tym kobieta była ze dwadzieścia lat ode mnie starsza. Choćby z tego względu należało zachować umiar.
- Może dlatego ty, bo sama taka byłaś i wiesz jak odczarować ten stan - jakiś wewnętrzny głos nie tyle podpowiadał mi, co raczej przypominał pewien epizod z życia, który sprawił, że przestałam być zołzą, od której wszyscy znajomi się odwracali. Poza tym za sprawą opinii, jaka w związku z tym do mnie przylgnęła, potencjalni ludzie, którzy stawali na mojej drodze, też nie chcieli mieć ze mną do czynienia.
Jak dużo na tym straciłam, wiedziałam tylko ja.
Tymczasem kobieta zaskoczona moją reakcją, której zapewne się nie spodziewała, wodziła oczami po bladoróżowych ścianach szpitalnej sali, jakby szukała na niej jakiejś podpowiedzi. Nie doszukawszy się jej jednak, zaczęła na mnie warczeć, niczym zły pies.
- Jak pani może! Nikt pani nie nauczył, że starszych trzeba szanować?! – krzyczała.
- Owszem. Uczono mnie, że wszystkich trzeba szanować – podkreśliłam słowo wszystkich. - Nie wyłączając samego siebie – odparłam nieco wyprowadzona z równowagi. – Ale pani zdaje się o tym nie pamięta. Tylko proszę nie zasłaniać się starością, niepamięcią, i tak dalej – dodałam. – Pomiata pani każdym, przez co jest tu chyba najbardziej znienawidzonym człowiekiem. I obawiam się, że nie tylko tutaj.
Kobieta wyraźnie przycichła, ale za to współpacjentki nabrały odwagi i kolejno wyrzucały z siebie całą nagromadzoną w związku z tym gorycz.
Zrobiło się nieprzyjemnie. Na tyle, że musiał interweniować ordynator, wezwany na polecenie owej kobiety.
- Proszę natychmiast przenieść mnie do pojedynczej sali! – dyrygowała.
Mężczyzna jednak najwyraźniej wcale nie był skory spełniać każde jej żądanie i postawił sprawę jasno.
- Droga pani, nie mamy wolnej pojedynczej sali, ani nawet wolnego łóżka w salach wieloosobowych. Tu pani będzie najlepiej. Sala jest jasna, posiada nowoczesny sprzęt, blisko stąd do dyżurki pielęgniarek – starał się ją jakoś udobruchać, ale było to niezwykle trudne. Pacjentka była uparta i odgrażała się.
- Proszę natychmiast mnie gdzieś przenieść! Może pan po prostu zamienić łóżka…! Bo jeśli nie, to sprowadzę wam tu media! Już oni sobie z wami poradzą!
- Teoretycznie mógłbym wziąć pod uwagę zamianę łóżek, to znaczy pacjentek, ale nigdzie pani nie chcą. Przepraszam, ale dołożyła pani starań, żeby tak się stało. A jeśli chodzi o media… Jest pani pewna, że potrzebna jest pani taka sława? – spytał, sugerując, iż  nikt nie stanie po jej stronie.
To była jej wielka przegrana. Na tyle wielka, że tuż przed kolacją kobieta położyła się, odmówiwszy jej zjedzenia, a po chwili zaczęła cicho łkać w poduszkę.
Zrobiło mi się jej trochę żal. Ale tylko trochę, bo wziąwszy pod uwagę fakt, że wielu ludziom wokół dała się we znaki, nieszczególnie zasłużyła sobie na litość. W gruncie rzeczy powinna za to ponieść jakąś karę. Choćby tylko symboliczną, ale jednak karę. Najlepszą karą byłoby ignorowanie jej, pomyślałam. Są jednakże ludzie, którzy nic sobie z tego nie robią i wręcz jeszcze bardziej są przez to upierdliwi. Obawiałam się, że to może być ten właśnie przypadek.
nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi inna współpacjentka, pani Aniela, która przypomniawszy sobie moje wcześniejsze słowa, spytała:
- Co takiego się wydarzyło, że przestała pani być zołzą? Jest na to jakaś recepta?
- Hmn, może i jest, ale w moim przypadku był to pewien przypadkowy człowiek. A może nie był przypadkowy? – zaczęłam się w myślach zastanawiać.
- Spotkałam go na przystanku autobusowym na peryferiach miasta – zaczęłam opowiadać swoją historię. Tamtego dnia okropnie lało, było zimno, a na dodatek autobus miał niemałe spóźnienie. Byliśmy tam tylko we dwójkę, ja i może ze dwadzieścia lat ode mnie straszy mężczyzna. Tak go oceniłam. On siedział spokojnie na ławeczce, ja nie mogłam sobie na niej zagrzać miejsca. Spieszyłam się do pracy. Byłam zła, bo mój szef nie tolerował spóźnień, a w dodatku z natury do miłych osób nie należał. Można by rzec, że wręcz stosował w pracy mobbing .Spodziewałam się więc, że zostanę za to połajana, a kto wie, może i pozbawiona części premii. Poza tym tego dnia czekało mnie jeszcze kilka innych niemiłych „atrakcji”, więc nerwy mocno dawały o sobie znać. Nieustająco spoglądałam na zegarek, co raz to pod nosem pozwalając sobie na jakieś echy i achy, które miały wyrażać moje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Mężczyzna obserwował mnie ze stoickim spokojem, co mnie jeszcze bardziej denerwowało.
- Będzie następny – próbował coś tłumaczyć. – A potem następny, i następny…
- Łatwo panu mówić, bo pan już pewnie na emeryturze i nie musi obawiać się o utratę zaufania szefa ani o miejsce pracy.
- Tak, jestem na emeryturze. Nie muszę martwić się o pracę, ale o inne sprawy, i owszem – odparł tym swoim spokojnym głosem.
W ogóle odnosiłam wrażenie, jakby był oazą spokoju.
- Przecież nie mamy wpływu na to, kiedy przyjedzie autobus. Po co więc się denerwować? – pytał próbując coś mi uświadomić.
Tyle że do mnie nic nie docierało. Z minuty na minutę byłam coraz bardziej zła. Na domiar złego zadzwoniła sąsiadka z wiadomością, że powinnam pojawić się w domu, bo przyjechały do mnie jakieś dwie panie i uznały, że będą czekać do skutku, czyli aż wrócę z pracy. Nikogo się nie spodziewałam, a w firmie tego dnia wcześniejsze wyjście mogłam sobie darować, więc pojawił się kolejny kłopot.
Kłopot miał na imię Jolka i Jadzia, dawne koleżanki z lat szkolnych, których, nawiasem mówiąc, nienawidziłam. Panie uznały sobie jednakże, że muszą porozmawiać ze mną o jakimś interesie. Szczegółów niestety nie chciały zdradzić, ani tym bardziej dać się odesłać z przysłowiowym kwitkiem.
Uraczona tą informacją pozwoliłam sobie z bezsilności zakląć. Nie spodobało się to mężczyźnie na przystanku. Z niezadowolenia aż wykrzywił usta.
- Po co od razu takie okropne słowa? Świat jest taki piękny, a pani ciągle w nerwach i z przekleństwem na ustach? Po co?
Mężczyzna wzbudzał we mnie coraz gorsze emocje i coraz gorsze słowa cisnęły mi się na usta.
- Panie! Nie pie….l pan! Szef mi nawtyka! Stracę premię i czym zapłacę rachunek za prąd? Już i tak mam długi. A co będzie, jeśli mnie zwolni? Na moje miejsce od zaraz znajdzie się kilku chętnych. I gdzie ja znajdę pracę? I jeszcze te dwie idiotki! Musiały przyjechać akurat dzisiaj! I jak je znam, nie pozbędę się ich tak łatwo! Będą mi truły d…ę przez następny tydzień! Czy moje mieszkanie to hotel?! A mąż? Mąż to już w ogóle wyprowadzi się z domu. On nie znosi moich koleżanek. Zresztą ja też nie! Małpy jedne!
Byłam kłębkiem nerwów, podczas, gdy mój towarzysz drogi uosobieniem spokoju. Zaczęłam się zastanawiać, jak on to osiąga. Czy w ogóle jest to możliwe, żeby się nie denerwować? I gdzie ten piękny świat, który próbuje mi wmówić. Przecież pada, autobus ma już niemal godzinę spóźnienia, trzęsę się z zimna, jeszcze, nie daj Boże, zachoruję! A wtedy to już na pewno mogę pożegnać się z pracą! W dodatku jakiś samochód poruszający się blisko chodnika wjechał w kałużę i nieźle mnie ochlapał. Kolejne siarczyste przekleństwo poleciało za niefortunnym kierowcą, i kolejny powód do narzekania i złości.
- Proszę się tym nie przejmować – mówił mężczyzna, patrząc jak zmagam się z otrzepywaniem ze spodni plam z wody i błota. – To przecież nic wielkiego. To się wypierze. A jeśli nawet się nie spierze, to ma to swoje plusy.
- Tak?! Ciekawe jakie? – niemal darłam się ze złości.
- Będzie okazja, żeby sobie kupić nowy ciuch… - podpowiadał.
- Trzeba mieć jeszcze za co. Przez ten durny autobus niedługo nie będę miała co do garnka włożyć, a pan mi tu gada o nowych ciuchach! Wyleją mnie z pracy jak nic!
- Może to i dobrze? Skoro obecna praca jest taka stresująca… Może w innej nie będzie pani tracić zdrowia – powiedział, a jakże (!) opanowanym tonem.
Kolejny raz spojrzałam na zegarek, a potem w stronę nieznajomego mężczyzny. Ze złości za to jego gadanie miałam ochotę przyłożyć mu z liścia. W ogóle byłam ostatnio jakaś strasznie nerwowa i agresywna. Taka, jak to mówią, bez kija do niej nie podchodź. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio powiedziałam komuś coś miłego. A zresztą po co, skoro wszystko i wszyscy w koło są tacy irytujący…
Najbardziej byłam ja sama, ale to zrozumiałam dopiero później. Tymczasem ów mężczyzna, widząc apogeum mojego zdenerwowania, nie ustawał w tłumaczeniach.
- Nie trzeba od razu zakładać, że szef panią zwolni, ba, nawet zbeszta. Może akurat będzie miał dobry dzień i przymknie na to oko. A jeśli nawet dzisiaj będzie miał zły dzień, to może jutro okaże się lepsze… A może koleżanki mają dla pani jakąś fantastyczną propozycję? A jeśli nawet nie, to przecież zawsze fajnie spędzić ze sobą kilka miłych chwil. A mąż? Jeśli nawet dojdzie do tego, że wyprowadzi się z domu na jakiś czas, to kto wie, może waszemu związkowi wyjdzie to na dobre? Czasem dobrze jest od siebie odpocząć na kilka dni.
Nawet w złości, która opanowała mnie do maksimum trudno było nie zauważyć, że w przeciwieństwie do mnie, mężczyzna we wszystkim widzi dobre strony. Drażnił mnie ten spokój wymalowany na jego twarzy, to godzenie się z tym, co przynosi los, i jednocześnie frapował.
Autobus nie nadjeżdżał. Wyglądało na to, że być może z powodu awarii albo jakichś innych nieprzewidzianych sytuacji po prostu wypadł z kursu. Nie miałam już co liczyć, że nadjedzie. Trzeba było zaczekać na następny. Próbowałam więc wypełnić czymś chwilę oczekiwania. Tyle że nie bardzo miałam czym. Okolica była nieciekawa. Po drugiej stronie ulicy znajdowały się jakieś magazyny. Chyba nieczynne, bo nikt się wokół nich nie kręcił.  Z tyłu za przystankiem natomiast tyły szpitala. Równie nieciekawy widok, który na dodatek źle mi się kojarzył. Niedaleko przystanku znajdowało się mało ruchliwe skrzyżowanie dróg. Nic specjalnego tam się nie działo. W każdym razie nic, co zaprzątnęłoby moje myśli. Postanowiłam więc w międzyczasie spytać mojego towarzysza, jak udaje mu się utrzymywać spokój ducha i to całe jego optymistyczne patrzenie na świat. Bo przecież ciągle, a przynajmniej często dzieje się coś, co z pozoru jest w stanie wyprowadzić nas z równowagi. Nawet, gdy jesteśmy spokojni i opanowani, to coś jest w stanie skutecznie popsuć nam nastrój. Odparł w sposób, którego w zasadzie się spodziewałam, choć w moim odczuciu było to nazbyt filozoficzne podejście do sprawy.
- Staram się nie marnować żadnej chwili, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy dane nam będzie jutro przeżyć kolejny dzień. A może nawet jeszcze ten wieczór. Szkoda byłoby je zmarnować na coś niemiłego, skoro wokół nas tyle piękna i tyle dzieje się niesamowitych rzeczy.
Niemal w tym samym momencie usłyszeliśmy pisk opon, a potem ogromny huk. Oboje spojrzeliśmy w kierunku skrzyżowania, skąd dochodził. Samochody zaczęły się zatrzymywać. Kierowcy je opuszczali, a potem biegli z pomocą, jak się potem okazało motocykliście, który uległ wypadkowi. Szybko pojawiło się pogotowie ratunkowe i wóz policyjny. Z niewielkiej odległości obserwowałam akcję ratunkową, ale niestety kierowcy nie udało się uratować.
Odwróciłam się w kierunku mężczyzny, chcąc niejako zareagować na jego słowa i powiedzieć, że ten osobnik (motocyklista) niestety nie dożył jutra, gdy nagle zobaczyłam, że na przystanku jestem sama. Rozejrzałam się, myśląc, że być może gdzieś się oddalił, albo podszedł bliżej miejsca wypadku, ale nigdzie nie było po nim śladu. Przecież nie mógł się rozpłynąć. I nagle zimny dreszcz przeszył moje ciało.
Nie miałam zbytnio czasu, żeby zastanawiać się nad całą tą sytuacją, bo akurat podjechał tak wyczekiwany przez mnie autobus. Wsiadłam więc czym prędzej i usiłując znaleźć sobie miejsce siedzące, zaczęłam się rozglądać po jego wnętrzu. Niemal wszystkie miejsca były zajęte. Ostatecznie jednak znalazłam w nim jedno wolne koło starszej pani.
Kobieta siedziała milcząca i smutna, taka bez wyrazu. Na kolanach trzymała niewielkich rozmiarów torbę podróżną. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie. Odwzajemniła mi się tym samym. Chwilkę później, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, powiedziała coś, co właściwie było punktem zwrotnym w moich zachowaniu.
- Dziękuję za ten uśmiech – powiedziała. – Od razu cieplej się robi człowiekowi na duszy. Już dawno nikt się do mnie nie uśmiechnął.
- Jak to? – zdziwiłam się.
- Jestem już stara. Nikt nie zwraca uwagi na starych ludzi, a tym bardziej nie uśmiecha się do nich – mówiła jakby trochę rozżalona.
Całkiem nieoczekiwanie nawiązała się między nami rozmowa. Zdradziła, że wraca ze szpitala. Właśnie wypisano ją do domu.
- Ale jak to? O tej porze? Zwykle wypisują po śniadaniu… - zdziwiłam się.
- Tak, to prawda. Nie chciało mi się tam już dłużej być… Choć z drugiej strony patrząc, nie wiem, gdzie mi się tak spieszyło. Mogłam zostać do śniadania. W domu nikt na mnie nie czeka. Po co ja tam właściwie jadę…
- Jak to po co? Dom to dom. W domu zawsze najlepiej – teraz ja na odmianę próbowałam znaleźć dobrą stronę medalu. Nawet się temu zdziwiłam, bo jeszcze kilka chwil temu miałam całkiem inne nastawienie do świata i ludzi. Trudno było mi zapanować nad swoim rozdrażnieniem i niechęcią do wszystkiego i wszystkich. Teraz nagle weszłam w role owego nieznajomego mężczyzny, na myśl którego znów dostałam gęsiej skórki. Kto to mógł być, pytałam siebie w myślach.
- To nie dom, to tylko moje cztery ściany – kobieta w międzyczasie zaczęła opowiadać o swojej samotności.
- Na pewno ktoś panią tam odwiedza. Może sąsiadka? – spytałam mimochodem.
Starsza pani jednak tylko kiwnęła przecząco głową.
- W takim razie ja panią jutro odwiedzę. Proszę mi podać swój adres, jeśli pani oczywiście zechce. Koło siedemnastej, może być? – Spytałam na odchodnym, gdyż autobus zbliżał się już do miejsca, w którym zmuszona byłam wysiąść.
Wysiadłam jakby odmieniona. Zadowolona, że mogłam komuś przynieść małą chwilkę radości. Do firmy wkroczyłam pewna siebie, jakby nic się nie stało. Szef co prawda na mój widok otwarł szeroko usta, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo mu na to nie pozwoliłam.
- Dzień dobry, szefie! Cieszę się, że pana widzę! Takiego fantastycznego szefa to w całej okolicy ze świecą szukać! Przepraszam za spóźnienie, ale to nie z mojej winy. Zaraz nadrobię wszystkie zaległości. Dzisiaj taki cudowny, radosny dzień!
Dałabym głowę, że na te słowa szef się nieco zarumienił i jeszcze bardziej zdziwił.
- Ale przecież leje jak z cebra - ręką wskazywał w stronę okna.
- No i co z tego? Deszcz też może być czymś fantastycznym.
- Może jeszcze pani każe włożyć mi pelerynę i kalosze, i brodzić w kałuży jak dziecko? – spytał, budząc tym śmiech pośród reszty pracowników biura.
- A czemu nie? Ja w każdym razie miałabym na to ochotę!
- Ja też. Ja też! - inni koledzy zaczęli mi wtórować.
Tamtego dnia moje koleżanki, te, które złożyły mi niezapowiedzianą wizytę rzeczywiście miały dla mnie dobre wiadomości. I nie zabawiły zbyt długo. Niepotrzebnie więc z góry się denerwowałam, szargałam sobie nerwy. W ogóle wszystkie sprawy układały się dobrze. Z panią Moniką, tą starszą panią z autobusu, zaprzyjaźniłam się na dobre. Czasem ją odwiedzam. Nie czuje się już taka samotna. Ma świadomość tego, że w razie jakiegoś kłopotu ma do kogo zadzwonić i może poprosić o pomoc. A  ja… gdy mąż lub ktoś inny tak na dobre mnie zdenerwuje, mam dokąd choć na chwilę uciec, poskarżyć się, coś przepracować (przemyśleć). Biegnę wtedy do pani Moniki. Wysłucha mnie, czasem coś doradzi albo odradzi.
- I proszę mi wierzyć – kontynuowałam swoja opowieść - od tamtego czasu nikogo nie zganiłam, a tym bardziej nie obraziłam. Aż do dzisiaj. Byłam dla pani niemiła. Przepraszam, ale to chyba było konieczne.
W ramach konkretnych przeprosin zaproponowałam kobiecie, że póki co jesteśmy zdane na swoje towarzystwo, razem szukać dobrej strony w każdej sytuacji. Tamtego dnia odburknęła tylko coś pod nosem. Następnego jednak, kiedy jedna z pacjentek przez nieuwagę upuściła w łazience kostkę mydła, a owa kobieta się o nią potknęła i przewróciła, nie nawrzeszczała na nią, jak się można było tego wcześniej spodziewać. Podkasała tylko koszulę i pokazała siniak, jakiego się na skutek tego dorobiła, jedynie wykrzywiając trochę usta z niezadowolenia.
- Tyle lat i takie piękne, zgrabne ma pani nogi! Tylko pozazdrościć – trochę z niej żartowałyśmy.
- Oczywiście, że piękne! W młodości tańczyłam w zespole tanecznym – pochwaliła się.
- Wow! Proszę nam o tym opowiedzieć. Chętnie posłuchamy.
- Naprawdę? Pół wieku już o tym nie rozprawiałam…
Nie zagrzałam długo miejsca w szpitalu. I dobrze! Opuszczając go cieszyłam się, że moja opowieść na coś się przydała, bo wyraźnie było widać zmianę w zachowaniu kobiety. A ja do dzisiaj zastanawiam się, kim był nieznajomy mężczyzna na przystanku. I tylko jedno przychodzi mi do głowy.
To nie mógł być nikt inny, jak tylko Anioł Stróż, który wyprowadził mnie na dobrą drogę…

Opowiadanie oparte na prawdziwych wydarzeniach.

niedziela, 9 czerwca 2019

PRZYTUL MNIE, BOŻE


A gdy się kiedyś
pogubię w myślach
wiatr poprzestawia mi drogowskazy
życie jak pręgież
całkiem niesłusznie
znów mi wymierzy dotkliwe razy
weź mnie za rękę
otul ramieniem
ukołysz do snu zmęczoną głowę
niech śni sen piękny
o lepszym świecie
odgarnij z czoła kosmyki płowe
i uproś gwiazdę
mą we Wszechświecie
niech mi przyświeca kosmicznym blaskiem
drogę oprószy
wzdłuż gwiezdnym pyłem
bym ją znalazła przed słońca brzaskiem


sobota, 8 czerwca 2019

Trup w szafie


Gdy ktoś ma coś złego na sumieniu, dokłada wszelkich starań, by nie wyszło to na światło dzienne. Będzie więc dbał o to, aby wszystko, co robi, a w szczególności to, czym się zajmuje zawodowo, było przejrzyste i w miarę udokumentowane. Grzecznie płaci podatki, wpłaca pieniądze na różne dobroczynne cele i fundacje, chodzi do kościoła, bywa że wręcz nawiązuje bliskie kontakty z proboszczem i innymi duchownymi. Za wszelką cenę chce uchodzić za człowieka nieskazitelnego. Wszystkie te działania są oczywiście po to, by nie sprowadzić na siebie żadnych kontroli z urzędów. A jeśli już z jakichś powodów do nich dochodzi i sąsiedzkie oko to przyuważy, tym bardziej stara się udowodnić wszystkim dookoła, że kontrola była tylko wynikiem złośliwości nieżyczliwych mu ludzi, a on sam jest absolutnie czysty jak łza.
Takich ludzi jest całkiem sporo. Wręcz ludzie ideały (!), pomyślałby ktoś, bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby tak myślano. Tyle że ideałów nie ma. Każdy człowiek ma lub w przeszłości miał coś na sumieniu, czego żałuje lub się wstydzi. Mniej lub bardziej, ale jednak.
Żeby nie być gołosłowną przytoczę dwa przykłady.
Miałam kiedyś kolegę, dobrego znajomego, którego poznałam niemal pół wieku temu. Był, i nadal jest, przystojny, dobrze sytuowany, towarzyski i hojny z natury. Żonie nigdy nie szczędził pieniędzy na kosmetyki i najnowsze kreacje, dzięki czemu mogła błyszczeć w pracy i „na salonach”. Dzieci były zadbane, wykształcone, zawsze dostawały od niego wszystko, czego zapragnęły. Prowadził organizację charytatywną, udzielał się w polityce, był zawsze tam, gdzie pojawiały się jakieś korzyści materialne i… dziennikarze. Lubił być na świeczniku. Chełpił się swoją sławą i rozlicznymi znajomościami. Na tym nie koniec. Każdy kto zwrócił się do niego o pomoc, nie został odesłany z przysłowiowym kwitkiem. Bardzo dbał o to, by postrzegano go w jak najlepszym świetle. Czasem wręcz do przesady. Co w tym złego? Teoretycznie nic. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? Ano właśnie! Bo w szafie był trup.
Któregoś dnia nagle gruchnęła wiadomość, że ów kolega się rozwodzi. Rozwód? Nic nadzwyczajnego. Przecież wiele małżeństw się rozwodzi. W zasadzie tak. Ale on? Przecież to człowiek anioł! Żona zresztą też. Czy anioły się rozwodzą? W opinii przeciętnego człowieka, w żadnym wypadku!
Jak się potem okazało, ten rzekomy anioł w domowym zaciszu pił i wszczynał awantury. Miał na swoim koncie próbę samobójczą. Tłumaczył to nadmiarem spożytego wówczas alkoholu. Być może tak było. Ale z biegiem lat coraz częściej można było dostrzec, że ten „nieskazitelny” człowiek ma problemy emocjonalne, i to całkiem spore. Jednak, by odwrócić od nich uwagę innych osób, co niedzielę biegał do kościoła i przystępował do komunii św., usiłując wmówić wszystkim, wręcz oszukać, iż jest gorliwym i praktykującym katolikiem, przykładnym mężem i ojcem.
Jak nietrudno się domyślić, cała ta świętobliwość, charytatywna otoczka, a także  wizerunek niezmordowanego działacza społecznego, człowieka na wskroś dobrotliwego, miały na celu tylko jedno. Ukryć jego prawdziwą twarz.
Każdy trup prędzej czy później zaczyna śmierdzieć. Jego przykry zapach rozchodzi się wokół, aż w końcu jest nie do ukrycia. Tak było i w przypadku owego kolegi.
Gdy wszystko się wydało, większość znajomych się od niego odwróciła. Ale zawsze znajdą się tacy, którzy bez względu na okoliczności chcą się ogrzać w czyimś blasku. W tym wypadku w politycznym blasku, bo nasz bohater coraz bardziej się w nią angażował.
Jak wiadomo, polityka to bagno. Jest takie powiedzenie: „Kto z bagnem ma do czynienia, nie może mieć czystych rąk”. Powiedzenia nie biorą się znikąd. Jakby na to nie spojrzeć, ten akurat przypadek doskonale wpisywał się w owe twierdzenie. Niektórzy jednak dobrze czują się w bagnie. A skoro tak, niech mają to co lubią. Każdy ma prawo wyboru własnej życiowej drogi. Nawet do piekła… po trupach.
Drugi przypadek, który chcę przytoczyć jest nieco inny, choć momentami można doszukać się analogii.
On i Ona, proszę wybaczyć, ale nie przytoczę tu imion, nawet zmienionych, byli i nadal są przykładnym (choć to słowo na wyrost) małżeństwem. Obojga bohaterów znam od dawien dawna, właściwie od zawsze. I tak jak w poprzednim przypadku ich sytuacja rodzinna i materialna przedstawia się podobnie. On zawsze był łasy na pieniądze. Chyba ma to po ojcu, który jeszcze za czasów peerelu, żeby móc otworzyć własny warsztat rzemieślniczy, co w tamtych czasach było prawie nie do pomyślenia, i dorobić się majątku, nieźle przysłużył się komunistom. Co prawda dowody na to zostały zniszczone, ale pamięć ludzka jest niezawodna. Co poniektórzy mieszkańcy miejscowości, w której żył, nadal to pamiętają. Pamiętają też, że aby ukryć swoje niegodziwe postępowanie, wykonywał mnóstwo prac na rzecz parafialnego kościoła, ponadto nieustająco do niego uczęszczając, nawet w dni powszechne, i przyjaźnił się z okolicznymi proboszczami. Wszystko to bynajmniej nie z pobożności, a raczej z przebiegłości. Dla zmylenia opinii publicznej.
Mniejsza o jego ojca.
Pewne odziedziczone po nim cechy genetyczne po czasie ujawniły się u naszego bohatera, bo nieoczekiwanie tego cichego i niby skromnego człowieka porwały odmęty lokalnego politycznego światka. Co prawda nie piastował żadnego poważnego urzędu, ale miał wpływ na większość decyzji podejmowanych przez lokalne władze. Był i nadal jest świetnym manipulatorem. Sterował zza pleców swojego mocodawcy, nazwijmy to oględnie, politycznymi kolegami, ale przede wszystkim nim samym. Tak długo, dopóki nie osiągnął tego, czego chciał. Czyli dla żony dobrej posady, a dla siebie intratnych kontraktów w branży, w której pracował zawodowo. Prócz tego istniało podejrzenie, że luksusy, na które składały się dwa zakupione w dużych i drogich miastach komfortowe mieszkania dla dwójki dzieci, kosztowne samochody, rozbudowa domu i warsztatu oraz coroczne drogie wczasy i podróże zagraniczne, nie są zasługą jedynie pracy ich rak, czyli jego i żony. Przebąkiwano, że musiał mieć jeszcze jakieś lewe dochody, bo nawet pracując 24 godziny na dobę i zatrudniając kilku pracowników nie byłby w stanie tego osiągnąć, gdy tymczasem w jego warsztacie pracowało tylko dwóch pracowników, i to nie zawsze, a jedynie w okresach wzmożonej pracy. Innymi słowami mówiąc, podejrzewano, że główne profity wyciągał ze swojej, nie zawsze zgodnej z prawem, politycznej działalności. Ile w tym było prawdy, trudno dociec. W okolicy jednak przylgnęła do niego łatka człowieka skorumpowanego. Do tego stopnia, że któregoś dnia u jego drzwi pojawiła się specjalna brygada do walki z korupcją. Sąsiedzi opowiadali potem, jak to cały dzień przeszukiwano im posesję. Mieli przy tym niezłe używanie, bowiem znienawidzony przez nich człowiek wreszcie został odpowiednio potraktowany przez organy ścigania i sprawiedliwości stało się zadość. Nikt nie wiedział, czy owa kontrola zainicjowana została przez jego politycznych oponentów, czy też przez zawistnych sąsiadów, ale wszyscy życzyli mu jej z całego serca. Co przyniosła kontrola, pozostało tajemnicą. Nasz bohater był ustawiony w politycznym światku, więc właściwie można się było domyślić, iż ktoś pomógł mu skutecznie wyjść z opresji.
Gdzie tutaj trup w szafie? Ano trupa dopiero trzeba było do niej włożyć i na tyle skutecznie ukryć, by nikt, ale to absolutnie nikt nie miał wątpliwości, że tam jest.
Po owej osławionej kontroli nasz bohater, albo jak go zwali co poniektórzy, Bohaterowicz, odsunął się od polityki. Nie wiadomo, dobrowolnie, czy został od niej odsunięty. Myliłby się jednak każdy, kto sądziłby, że na zawsze. Absolutnie nie! Zmienił tylko barwy… na czarne.
Poza tym, a może przede wszystkim, trzeba było koniecznie i skutecznie się wybielić, i odzyskać dobre imię. Nie było to łatwe, mając wielu wrogów politycznych i tych wokół siebie, sąsiadów.
Ludzie już to do siebie mają, że nie pamiętają dobrych uczynków, które ten ktoś zrobił, za to świetnie pamiętają każde potknięcie danej osoby, a co dopiero główne grzechy. W tym wypadku było podobnie. On miał tego świadomość. I kto wie, być może znów odezwały się w nim geny ojca, bo w pewnym sensie wziął z niego przykład. Albo też zainspirował się historią jego życia. Do końca nie wiadomo…
Wiadomo za to, że najlepiej wybielić się i ponownie zyskać w oczach mieszkańców i znajomych… gorliwie uczęszczając i angażując się w sprawy kościoła. Czyli historia zatoczyła koło. Odtąd przy każdej uroczystości kościelnej królował wręcz On. Nosił sztandary, żarliwie się modlił, służył do mszy, był członkiem Rady Parafialnej, decydował o wszystkim, co działo się w obrębie murów kościoła i poza nim. Pouczał wiernych, jak mają postępować. Udzielał reprymendy, gdy coś mu się nie podobało. Wtrącał się nawet do spraw porządkowych na parafialnym cmentarzu. Wszystko było w zasadzie w jego gestii. Na dobrą sprawę proboszcz był tu niepotrzebny.
Żona wtórowała mu we wszystkim. Nie było pielgrzymki, w której nie brałaby udziału. Umieszczała na portalach internetowych zdjęcia dewocjonaliów i żarliwe modlitwy oraz fotografie swojej rzekomo przykładnej rodziny, najczęściej związane z religijnymi obrządkami i z wielkim patriotyzmem wobec swojego kraju…. I nietolerancją wobec innych religii i narodowości.
Od tego wszystkiego nawet człowiek głęboko wierzący mógł dostać mdłości, a cóż dopiero agnostycy i osoby niewierzące.
A gdzie ten osławiony trup w szafie? Poniekąd przykryty został płaszczykiem religijności. Poniekąd, bo w pełni nie dało się go przykryć, ale o tym jeszcze prawie nikt nie wiedział. Ale powoli zaczynał śmierdzieć.
Okazało się bowiem, że On zawarł wiele kontraktów handlowych oraz prywatnych znajomości z ludźmi, którymi w gruncie rzeczy pogardzał, opluwając i szydząc z nich na każdym kroku. Z Żydami i wyznawcami Islamu. Ludzie ci mają pieniądze, a on ich potrzebuje. Jest bowiem chciwy jak mało kto. Pazerny hipokryta w masce przykładnego katolika, wiernego sługi Bożego.
O jego kontaktach z tamtymi ludźmi nie wiedział i pewnie nadal nie ma o tym pojęcia miejscowy ksiądz oraz wielu członków jego rodziny, ani okolicznych mieszkańców.
I nie byłoby w tym nic złego, bo przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek i takie działania są dziś normą, gdyby nie jego obłuda. Jego oraz jego żony. Obłudni ludzie rodzą dzieci, wychowując ich na ludzi podobnych sobie. I tak lawinowo przybywa obłudników i hipokrytów. Mnożą się trupy w szafach. Kiedyś zabraknie dla nich miejsca. Szkoda tylko, że ludzie ci nie rozumieją jak bardzo szkodzą innym ludziom, Kościołowi, a przede wszystkim samym sobie.

środa, 29 maja 2019

Nietrafiona chrzestna - opowiadanie



Jest to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach.

Chrzestnych wybiera się dla dziecka po to, żeby w razie nieoczekiwanych
wydarzeń losowych mogli mu zastąpić rodziców lub przynajmniej pomóc udźwignąć wszelkie niedogodności z tym związane. Także po to, by byli dla niego przykładem w jego dalszym życiu. Kimś, na kim mógłby się wzorować.
Nic odkrywczego. Tak tylko gwoli przypomnienia.
Zofia pamiętała o tym doskonale. Co prawda, dzięki Bogu, żadna poważniejsza tragedia nie wydarzyła się w jej życiu i jej rodzice chrzestni nie musieli w czymkolwiek jej pomagać, ale co się tyczy drugiej kwestii, był z tym problem. Zarówno w przypadku chrzestnej jak i chrzestnego. Jednakże to do chrzestnej Moni szczególnie czuła żal, który z czasem przerodził się wręcz w awersję.
Ciocia Monia była kuzynką matki Zofii. Zamężna ale bezdzietna, nigdy nie pracowała zawodowo. Zajmowała się domem, a raczej mężem, choć jak się z czasem okazało, tym drugim nie do końca tak jak powinna. Tyle że długo nie zdawała sobie z tego sprawy.
Dom ciotki Moni był pojęciem na wyrost, bowiem mieszkała kątem u swoich rodziców, zajmując osobny pokój z kuchnią. Tak więc nie miała w nim zbyt wiele pracy. Większość swojego wolnego czasu spędzała w kościele, ustawicznie modląc się. No cóż, jej życie, jej wybór. Monia dość wcześnie straciła matkę, a co za tym idzie, nie miała odpowiedniego wzoru do naśladowania. Nikogo, kto wytłumaczyłby jej, jaka jest rola żony, i że nie ogranicza się ona tylko do przygotowywania posiłków i sprzątania. Wiecznie rozmodlona, małżeński seks uważała za grzech śmiertelny, wręcz dzieło szatana. Z tego też powodu przez długie lata po ślubie małżonek Moni pozbawiony był wszelkich uciech cielesnych. I kto wie, czy by tak nie zostało już do końca, gdyby nie miejscowy proboszcz, który zbyt nachalnie zaczął rozpytywać małżonków o to, dlaczego nie posiadają dziecka. Przyparta do muru Monia poszła więc do lekarza… i wróciła stamtąd z płaczem.
- On mnie po prostu wyśmiał! – Żaliła się swojej kuzynce Wandzie, zdradzając jej kulisy wizyty u ginekologa.
Wanda długo musiała uświadamiać nieszczęsnej kobiecie, w czym tkwi szkopuł. Tyle że, jak się potem okazało, po długich latach seksualnej wstrzemięźliwości, Monia wcześnie weszła w okres menopauzy i na dziecko było już za późno.
Chrzestna Zofii miała wprawdzie macochę, która powinna była jakoś naprowadzić biedną kobietę na właściwą drogę. Niestety, poza swoim jedynakiem, Krzysiem, świata nie widziała, a pasierbica niewiele ją obchodziła. Prócz tego jej poglądy na seks niewiele różniły się od tych, które reprezentowała sama Monia.
Kuzynka matki Zofii miała jeszcze jedną przypadłość. Bardzo bała się swojej macochy, bo ta jak mało kto lubiła rządzić wszystkim i wszystkimi. Nic więc dziwnego, że była pod jej przemożnym wpływem. Może gdyby Monia nie była jej tak bezwzględnie posłuszna, historia, którą Zofia zapamiętała na całe życie potoczyłaby się całkiem inaczej.
Najbliższa rodzina chrzestnej, w tym ona sama, choć do przesady wierząca, w gruncie rzeczy należała do sknerusów. Kłóciło się to z jej religijnymi przekonaniami, ale cóż, podobno nie ma ludzi bez grzechu. Było jeszcze coś.
Sknerowatość to jedno, obłuda to drugie. Tak zapamiętała ich mała, wówczas siedmioletnia Zosia, a potem dorosła Zofia.
Ale po kolei. W wieku siedmiu lat Zosia poszła do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Na swoje siódme urodziny, które przypadały na okres końcówki zimy, dostała w prezencie od matki kupon czerwonego materiału w białe groszki. Z tego materiału miała zostać uszyta wymarzona, letnia sukienka z białym kołnierzykiem, można rzec, ówczesny krzyk mody. Zosia pochodziła z niezbyt majętnej rodziny. Z tego powodu dotąd zwykle dostawała znoszone ubrania i buty po starszych kuzynkach. To miała być jej pierwsza własna kreacja i mała Zosia cieszyła się z niej jak nigdy dotąd. Pozostawała jeszcze kwestia jej uszycia. Na krawcową matkę nie było stać, więc poprosiła jej chrzestną, która była w tym temacie samoukiem i czasem udawało jej się to i owo uszyć, aby podjęła sie uszycia owej sukienki. Było jeszcze coś, co skłoniło matkę Zosi do sięgnięcia po pomoc tam a nie gdzie indziej.
- Jak dotąd, nigdy nic od niej nie dostałaś. Żadnych upominków na urodziny, mikołajki, kompletnie nic – powiedziała wtedy matka do córki. – Niech się więc wykaże i choć tyle dla ciebie zrobi. Niech uszyje ci tę sukienkę.
Ciotka co prawda się zgodziła, ale długo zwlekała z jej uszyciem. Zbyt długo. Materiał był cienki, a lato powoli dobiegało końca i obie z matką zaczynały się już denerwować niesłownością ciotki Moni. Poirytowana Wanda w końcu postanowila pobiec do kuzynki i wyjaśnić sytuację, ale nieoczekiwanie wszystko się wydało.
Podczas niedzielnej mszy w kościele zauważyła, że dwie bratanice macochy Moni miały na sobie piękne czerwone sukienki w białe groszki. Z takiego samego materiału, jaki zaniosła do chrzestnej celem uszycia sukienki dla swojej córki Zosi. Doskonale pamiętała, że gdy kupowała ów materiał, matka dziewczynek też nabyła podobny, tyle że w niebieskim kolorze. Stała za nią w kolejce. Pewnie nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby nie fakt, że doszło wówczas do kłótni między dwoma kobietami stojącymi w kolejce po materiał. Zabrakło białego materiału na kołnierzyki. Wanda akurat pakowała swój zakup do torby i miała opuścić sklep, ale została jeszcze przez chwilkę, by poobserwować jak rozwinie się sytuacja.
Zaskoczona więc kolorem sukienek i białymi kołnierzykami dziewczynek na mszy w kościele, nabrała podejrzeń, co do losu swojego materiału.
- A gdzie sukienka Zosi? – Pytała Moni kilka godzin później, odwiedziwszy jej dom.
- Jutro będzie gotowa – usłyszała w odpowiedzi. – Jeszcze tylko obszyję dół…
Wanda jednak była nieugięta i domagała się natychmiastowego pokazania jej niedokończonej sukienki. Policzki Moni zaczerwieniły się. Oczy zrobiły się szkliste. Wyraźnie było widać, że nie wie jak się zachować. Musiała jednak prędzej czy później pokazać sukienkę, albo oddać materiał. Trzeciej opcji nie było. Drżącymi dłońmi otwarła więc jedną z półek w niewielkim kredensie, po czym wyjęła z niej niewielkie zawiniątko w kolorze niebieskim.
Wanda otwarła szeroko oczy. Spodziewała się tego, mimo to wciąż nie dowierzała, że dzieje się to naprawdę.
- Uszyłaś bratanicom sukienki z mojego materiału! Dlaczego to zrobiłaś? Przecież wiesz, jak bardzo Zosia marzyła o tej sukience. Dlaczego? – Matce Zosi było niezmiernie przykro, a tym samym żal córki. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że choćby nawet jakimś cudem zdobyła pieniądze na kupno nowego materiału, to i tak nie zdoła go kupić, bo po prostu nie ma go w sklepach.
To był głęboki peerel. W tamtych czasach mało co kupowało się w normalny sposób. Wszystko się zdobywało. Czekało, aż to coś sprowadzą do sklepu, a potem stało się w długich kolejkach lub uruchamiało znajomości.
W myślach widziała minę swojej córki. Zawiedzioną, smutną, może nawet płacz. Jak miałaby jej to wytłumaczyć? Że co, że jej chrzestna, ta bogobojna i rzekomo uczciwa kobieta była w stanie tak postąpić? Czy siedmioletnie dziecko byłoby w stanie to w ogóle zrozumieć?
Tymczasem Monia rozkładała przed nią nieskończoną sukienkę i próbowała przekonać kuzynkę, że przecież ta wcale nie jest gorsza od sukienek, które uszyła bratanicom macochy.
- Niebieski kolor jest zdecydowanie ładniejszy. Taki… maryjny. A jeśli chodzi o kołnierzyk, to przecież zamiast niego można wokół szyi zrobić białą lamówkę. Troszkę białego materiału jeszcze mi zostało…
- Jak możesz! – denerwowała się jej podejściem do sprawy matka Zosi. – I to jest po katolicku?
Monia, choć świadoma swojego niecnego występku, udawała kompletną idiotkę. Wręcz udowadniała jej, że przecież chciała dobrze, bo ten niebieski kolor to taki bardziej przyzwoity.
Wkurzona do granic możliwości Wanda szybko opuściła mieszkanie kuzynki, oczywiście nie zabierając ze sobą sukienki.
- Masz to wszystko odkręcić! Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale ma być czerwona sukienka i basta! W przeciwnym razie wszystkim we wsi opowiem, jaka z ciebie uczciwa katoliczka!
Było oczywistym, że Monia nie będzie w stanie tego dokonać. Tymczasem lato powoli dobiegało końca, a Zosia rosła jak na drożdżach. Obawa, iż nie będzie w stanie tego lata już jej włożyć oraz, że może być za ciasna i przykrótka, była więc uzasadniona.
Niebawem Monia złożyła wizytę Wandzie. Rozłożyła przed nią skończoną sukienkę i próbowała się wytłumaczyć. Tym razem w inny sposób.
- To Mila (macocha) jest wszystkiemu winna. To ona zmusiła mnie do zamiany materiałów. Wiesz przecież jak ważna jest dla niej jej własna rodzina. Dziewczynki nie chciały niebieskiego materiału i odstawiały w domu widowisko. Ryczały jak bobry. Rodzice nie mogli już z nimi wytrzymać, więc Mila się nad nimi ulitowała….
- Ulitowała? Co ty mówisz? To jest jawna kpina i złodziejstwo zarazem!
- A tam zaraz złodziejstwo… Tylko mała podmiana.
Dyskusja, a raczej słowna przepychanka nie trwała zbyt długo, gdyż chrzestna Zosi zostawiła sukienkę i ulotniła się czym prędzej. Tego lata Zosia założyła ją tylko dwa razy, bo szybko zrobiło się chłodno i nastała jesień. Ale incydent ten pozostał w jej pamięci na zawsze. Pierwszy raz w życiu doznała poważnego zawodu. I to od osoby, która w gruncie rzeczy miała pomagać w jej wychowaniu. Wanda też nie mogła jej wybaczyć.
Rok później Zosia poszła do Pierwszej Komunii. Nie spodziewała się, że cokolwiek dostanie w prezencie od swojej chrzestnej. I rzeczywiście tak by się stało, gdyby nie chrzestny Zosi. Nakłonił ją do współfinansowania prezentu. Monia nie miała więc innego wyjścia. Po prostu jej nie wypadało. Ale i tak robiła problemy. Wspólnie kupili dla chrześniaczki kolorowy parasol. Trzeba przyznać, był ładny. Chrzestny jeszcze od siebie dodał zegarek. Jak na tamte czasy prezenty okazały się całkiem trafione. Dziewczynka była zadowolona. Do czasu.
Kilka dni później chrzestny wraz ze swoją żoną złożyli wizytę rodzicom Zosi. Po prostu przyszli na kawę.
- No i jak tam? Zegarek zdaje egzamin? Przydaje się, prawda? – spytał chrzestny.
- Oj, tak! Jestem przeszczęśliwa! – Mała Zosia nie ukrywała radości. – Parasol też! Wczoraj padał deszcz i mama pozwoliła mi go wziąć do szkoły – mówiła zachwycona.
Dotąd musiała wystarczyć jej peleryna, teraz z dumą mogła nosić nad głową kolorowy parasol. Taki jaki miały inne uczennice w szkole. Już nie musiała czuć się od nich gorsza. Szybko jednak uświadomiła sobie, że ani parasol, ani tym bardziej ładny zegarek nie stawiają ją na równi z innymi dziećmi. Sprawiły to słowa chrzestnego, który uznał za stosowne zdradzić kulisy zakupu owego parasola matce Zosi.
- Gdybyś wiedziała, jak Monia walczyła ze mną o ten parasol… Nie masz pojęcia, jaka była wredna! – mówił wujek Władek.
Okazało się, że nie chciała, by Zosia dostała taki sam parasol, jakie całkiem niedawno wraz ze swoją macochą kupiły w prezencie na urodziny dla jej bratanic. I nie chodziło tu bynajmniej o kolor, wielkość czy inne parametry parasola, ale o sam fakt posiadania go przez małoletnią Zosię.
- Pokrzykiwała, że twoje dzieci nie muszą mieć wszystkiego – mówił do Wandy. – No i jak to będzie wyglądało, gdy spotkają się z Ewą i Marysią (bratanicami Mili). Jej zdaniem twoja córka przecież nie zasługuje na to, by mieć wszystko to, co one. Dała mi do zrozumienia, że jest kimś gorszym. W każdym razie urodziła się w biedniejszej rodzinie. Wiesz, co mam na myśli? – pytał mamy Zosi.
- A to małpa! Cnotka jedna! – krzyknęła matka dziecka, nie przebierając w słowach. – Klęczy pod figurą, a diabła ma za skórą!
Zarówno słowa wuja jak i matki Zosia zapamiętała na długo. I bardzo to przeżywała, w myślach niejednokrotnie do nich wracając.
Monia, będąc chrzestną przez resztę swoich dni w ogóle nie interesowała się swoją chrześniaczką. Zaproszona na ślub Zofii przyszła, aczkolwiek niechętnie, i szybko opuściła wesele, twierdząc, że takie imprezy nie są dla niej. Bo są hałaśliwe, goście piją na nich alkohol, gadają głupoty, a o Bogu nikt nawet nie wspomni.
Zofia nie utrzymywała z nią kontaktu. W międzyczasie Monia adoptowała dziecko z domu dziecka. Dziewczynkę. Do uszu Zofii docierały tylko strzępy wiadomości. Między innymi to, że adoptowana córka stale od niej uciekała. Ciekawe dlaczego…
Czasem z ciotką wpadały na siebie gdzieś przelotnie, ale nawet wtedy prawie ze sobą nie rozmawiały. Aż pewnego razu spotkały się na… cmentarzu, odwiedzając groby swoich bliskich. Zofia zapalała właśnie znicz na grobie zmarłej matki, gdy podeszła do niej ciotka. Nie od razu ją poznała. Była w towarzystwie jakiegoś chłopaka, który przywiózł ją na cmentarz swoim samochodem. Wychudzona i posiwiała, pomarszczona na czole, stara kobieta w niczym nie przypominała tamtej z dawnych lat. Zofia też już nie była najmłodsza. I jej siwizna przyprószyła skronie.
- Ciekawe, gdzie jest teraz? – Powiedziała sama do siebie, stojąc przy grobie matki. – A co, jeśli nieba nie ma?
Monia natychmiast wyraziła swe oburzenie. Święcie wierzyła w piekło i niebo, i w to, że kto jak kto, ale ona sama z pewnością tam sie dostanie.
- Jeśli nawet jest w niebie, a powinna, – nawiązała do tematu jego istnienia Zofia – ciekawa jestem, czy pamięta, i co najważniejsze, czy wybaczyła ciotce tę historię z sukienką – pozwoliła sobie na dygresję.
Ciotka wyraźnie poczerwieniała na twarzy, ale bynajmniej nie posypała głowy popiołem.
- Ty nadal pamiętasz takie bzdury? – spytała niezbyt miłym głosem. Zupełnie jakby miała o to pretensję do swojej chrześniaczki, że jej o tym przypomniała.
- Owszem, trudno o tym zapomnieć. W pewnym sensie zaważyło to na całym moim życiu.
- Ale jak to? – zdziwiła się, posyłając jej złośliwe spojrzenie.
Najwyraźniej nie dopuszczała myśli, że swoim postępowaniem mogła wyrządzić komuś krzywdę. Na każdym kroku widziała niewidzialnego Boga, ale nie dostrzegała Go w innych ludziach. No chyba że w sobie…
Zofia długo tłumaczyła jej, dlaczego tamto z pozoru mało istotne wydarzenie miało na nią tak wielki wpływ.
- Zawsze czułam się gorsza. Nie opuszczało mnie poczucie, że nie zasługuję na nic dobrego ani pięknego. Nawet w sklepie, kiedy kupowałam dla siebie jakieś rzeczy, brałam z półki te gorsze, choć było mnie stać na najlepsze. Tańsze, brzydsze, szare, smutne. Wpisały się w moje życie, ustawiając mnie do świata tak a nie inaczej. Bo skoro w oczach chrzestnej byłam gorsza, to być może w oczach innych ludzi też?
- Ale ty przecież pochodzisz z gorszej rodziny i nic tego nie zmieni – usłyszała Zofia zamiast słów pociechy czy prośby o wybaczenie. – Twoja matka była tylko gospodynią, a ojciec pracował w fabryce.
Na te słowa Zofia głęboko westchnęła. Spojrzała w oczy starej, wychudzonej kobiecie i z nieukrywanym rozczarowaniem w sercu i w głosie rzekła:
- Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają. Z Bogiem na ustach zawsze będą gardzić innym człowiekiem, mimo że sami nie zasługuja na uwagę, a tym bardziej na podziw.
Ojciec Moni bowiem także był zwykłym robotnikiem, a matka gospodynią domową. Tyle że dzięki ówczesnej komunistycznej władzy, dla której świadczył usługi, z czasem otrzymał zezwolenie na prowadzenie własnego zakładu rzemieślniczego. W tamtych czasach było to coś niezwykłego. Za co dokładnie spotkała go ta nagroda, szemrano w rodzinie i wśród przyjaciół. I nie było to nic miłego. Monia jednak do końca swojego życia chodziła dumna jak paw, choć w opinii innych ludzi był to raczej powód do wstydu. Ona jednak dzięki ojcu czuła się wyróżniona. Nawet teraz, gdy powoli powinna była zacząć podsumowywać swoje życie i przeprosić za błędy, które popełniła, wciąż czuła się kimś wyjątkowym. Niestety, szkoda że tylko w swoim odczuciu.


czwartek, 23 maja 2019

PO CO MI ONA?

Tamtej jesieni było tak smutno
jakby o świecie zapomniał Bóg
ponad polami majestatycznie
mgły biało-szarej welon się wlókł

stąpałam po nim w myślach rozdartych
krocząc pomiędzy domów dachami
gubiąc po drodze czerwoną różę
gdy mnie ukłuła swymi kolcami

przykra to miłość, co tylko rani
i róże przykre, i przyrzeczenia,
rzucam ją wiatru w odmęt jesieni
niech ją pokryje mgła zapomnienia

niedziela, 12 maja 2019

Rozum, dusza i serce muszą być kompatybilne


Jestem niedzisiejsza. Nie pasuję do naszej polskiej rzeczywistości i nie wiem, co z tym zrobić.
Staram się być dla każdego miła i w miarę możliwości pomocna. Nade wszystko zaś tolerancyjna, zwłaszcza wobec innych nacji, religii, osób o odmiennych poglądach i orientacjach seksualnych. Chcę żyć, i żyję, w zgodzie z otaczającymi mnie ludźmi i przyrodą, kochać i wybaczać. Tak jak nakazuje moja wiara i własne sumienie.
I to jest mój wielki błąd, bo z każdej strony dostaję za to po du…..
Dzisiaj też, choć w niczym nie zawiniłam. Niejako oberwało mi się rykoszetem.
Zostaliśmy zaproszeni na imieniny naszej znajomej. Zapowiadało się całkiem fajnie. Wcześniej zabroniłam mężowi poruszać tematy dotyczące polityki i obecnej sytuacji w kraju. Trzymał język za zębami, aczkolwiek niechętnie, a ja, głupia, myślałam, że tak już zostanie do końca wizyty. Pewnie i tak by się stało, ale jak to często bywa, innym gościom się to nie udało. Mąż zaś nie byłby sobą, gdyby do nich nie dołączył. Tyle że z odmiennymi przekonaniami.
Znalazła się jedna rezolutna kobieta, w wieku sześćdziesiąt plus, której temat polityki bardzo leżał na sercu, a rzekomo znała się na niej jak mało kto, i koniecznie musiała „rozpalić ogień pod kotłem”. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo to, co się potem działo, trudne jest do opisania.
Solenizantka sporo się natrudziła przygotowując pyszny tort, sałatki i wiele innych pyszności, ale wszystko to wypadło bladło przy dyskusji, a raczej wojnie polsko-polskiej, jaka się potem rozpętała. W takich sytuacjach jest mi zwykle żal gospodyń–solenizantek, bo sama nieraz byłam w podobnych sytuacjach. Naharowałam się jak przysłowiowy wół, by zadowolić podniebienia gości, a potem często okazywało się, że zupełnie niepotrzebnie. Przyszli głównie po to, żeby zademonstrować swoją frustrację i poskakać sobie do gardeł.
Nienawidzę politykowania przy stole, a jeszcze bardziej ludzi, którzy myślą, że pozjadali wszystkie rozumy i za wszelką cenę chcą innym narzucić swój światopogląd. Irytuje mnie wszelka hipokryzja, a pani, która tego dnia dała upust swojej nienawiści do wszystkiego co, jej zdaniem, zagrażało naszej ojczyźnie i rodakom, w szczególności.
Na początku kobieta oburzyła się sromotnie postawą mojego męża, który przyznał się do tego, że nie uznaje żadnych postów nakazanych przez kościół. Potem zniesmaczona była… przeprosinami prymasa Polski za krzywdy wyrządzone dzieciom przez księży. Bo przecież brudy powinno się prać we własnym domu, a nie pokazywać je światu. A tak w ogóle to jest napaść na kościół! Wszystko to wymysł PO, który chce go unicestwić. O awersji do imigrantów, Niemców i żydów nie wspomniawszy. Każdy kto ma inne poglądy niż ona sama, to złodziej, mason, hitlerowiec. Na koniec zaś zawzięcia broniła wizerunku Matki Boskiej, o której ostatnio tak głośno zrobiło się w mediach w kontekście tęczowej aureoli. Bo przecież uderza to w jej (tej pani) uczucia religijne. A to już jest karalne! Z jej rozsierdzonej postawy można było wnioskować, że najchętniej spaliłaby na stosie każdego, kto  śmiałby twierdzić inaczej. Pierwszym, który by na tym stosie spłonął był mój mąż, z natury człowiek przekorny, gdyż odważył się powiedzieć, że jego uczuć to nie obraża, bo przecież tęcza to wytwór boski, a nie ludzki i nie widzi w tym nic zdrożnego. A to, że ktoś rozlepia takie wizerunki w miejscach niegodnych, to sprawa policji i prokuratury, i wszystko na tym powinno się skończyć. Dodał jeszcze, że nasi rodacy też nie szanują symboli religijnych wyznawców innych religii i jakoś nie słychać, by kogoś za to ukarano.
Tego było za wiele dla owej pani, bo wpadła w furię, krzycząc, że nie wiedziała, z kim siada do stołu (czytaj: z ludźmi gorszej kategorii albo jak kto woli, gorszego sortu) i nie będzie z nami rozmawiać. Nie wiem, dlaczego mówiła w liczbie mnogiej, bo ja przez cały czas nie odezwałam się w tym temacie ani słowem. Uważam bowiem, że choćby ktoś mówił głupoty, nie zwalnia mnie to z zachowania taktu i tolerancji. W każdym razie po tych słowach zrobiło mi się przykro.
Kobieta zapytana przez mojego męża, skąd się bierze w niej tyle nienawiści i jak może tak spokojnie iść potem do kościoła, z sercem przepełnionym złością, odparła… JA NIE CHODZĘ DO KOŚCIOŁA!
W tym momencie ręce mi opadły. Hipokryzja tej pani sięgnęła zenitu! Ale najsmutniejsze było to, że w całej tej „dyskusji” nie była odosobniona.
Krótko potem mąż uznał, że najlepiej będzie, jeśli opuścimy to miejsce i wrócimy do domu. I tak się stało. Tym sposobem więc wyszliśmy z przyjęcia grubo przed czasem. A szkoda!
Schodząc po schodach , cały czas zadawałam sobie w myślach pytanie: Co ja zawiniłam, że stało się jak się stało, i musiałam stamtąd wyjść?
Do cholery, nic! Oberwałam rykoszetem od rzekomej „katoliczki”, która nie chodzi do kościoła, ale dzielnie broni symboli religijnych, a nade wszystko swoich uczuć religijnych, jakkolwiek by to nie zabrzmiało.
Codziennie, kiedy otwieram rano oczy, zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że ludzie tak strasznie się pogubili.  Budzę się ze świadomością, że nie pasuję do tego świata, a właściwie do otoczenia. Pełnego wzgardy, zakłamania, nienawiści. Dawniej modliłam się, bym ten dzień mogła przeżyć w zdrowiu i by Bóg nie zsyłał na moją rodzinę żadnej tragedii. Teraz modlę się głównie o to, bym na swojej drodze spotykała PRAWDZIWYCH LUDZI, obdarzonych empatią i rozsądkiem. Nie zaś tych, u których próżno szukać rozumu.

środa, 1 maja 2019

Co dla nas oznacza patriotyzm w czasie pokoju?


Dziś jest 1 Maja, Święto Pracy. Na wielu domach wiszą zatknięte biało-czerwone flagi. Wielu z Polaków wywiesiło je, żeby zamanifestować swój patriotyzm. Tylko czy rzeczywiście są patriotami? Bo jak znam życie i okolicznych mieszkańców, większość z nich tak naprawdę nie wie, co oznacza ten termin w czasach pokoju.
Przy tej okazji przypomniała mi się pewna historia z tym związana, którą chcę się dzisiaj z Wami podzielić. Jest to prawdziwa historia. Wydarzyła się dwa lata temu. Z wiadomych jednak powodów zmieniłam w niej imię głównego bohatera.
Staszka znam jeszcze ze szkoły podstawowej. Dziś jest w wieku sześćdziesiąt plus. I jak większość osób z tego przedziału wiekowego ma pewne kłopoty ze zdrowiem. W przypadku mojego kolegi są to dość poważne kłopoty. Staszek z trudem chodzi, pomagając sobie przy tym laską lub w okresach zaostrzeń choroby, kulami. W niczym to oczywiście go nie deprymuje. Jest osobą sympatyczną i towarzyską. Ma tylko, jak niektórzy mawiają, „fioła” na punkcie patriotyzmu. Demonstruje go głównie na forach internetowych poprzez wklejanie tam różnych memów z tym związanych. Czasem też zażarcie konwersuje z kimś z forumowiczów, nierzadko wdając się w polityczne spory. Jego internetowy patriotyzm charakteryzuje się tym, że odrzuca, a często wręcz obrzuca niemiłymi słowami wszystko, co obce, czyli nie polskie. Dlaczego tak się ustawił do świata, nie wiem.
Dwa lata temu, tuż przed pierwszym majem spotkałam Staszka podczas spaceru. Wywiązała się między nami krótka rozmowa. Nim zapytał, co u mnie słychać i wice wersa, spytał, czy wywiesiłam już flagę.
- Nie, i nie zamierzam – odparłam zgodnie z prawdą, bo nigdy tego nie robię.
- Nie jesteś prawdziwą patriotką! – oburzył się. – Ja kocham swój kraj!
- Ja też kocham, ale co to ma wspólnego z patriotyzmem? – spytałam. – I do tego, jak powiedziałeś „prawdziwym”. To nieprawdziwy też istnieje? – zaczęłam się z nim przekomarzać.
Wywieszenie flagi jeszcze nie czyni z nas patriotów. A tak w ogóle, czy każdy musi być patriotą? Rozumiem, że w czasie wojny słowo to nabiera innego znaczenia i obliguje do podjęcia działań w tym kierunku. Ale w czasie pokoju, w czym powinien przejawiać się nasz patriotyzm?
Spytałam o to Staszka. Nie od razu udzielił mi odpowiedzi. Długo szukał w myślach odpowiedniego uzasadnienia i najwyraźniej miał z tym trudności, bo nieoczekiwanie wypalił:
- Już ci powiedziałem, kocham mój kraj i wszystko, co polskie! – niemal wykrzyczał mi to w twarz.
Westchnęłam głęboko, bo Staszek albo nie zrozumiał mojego pytania, albo w ogóle nie rozumiał, o czym mówi. Od kochania przecież wszystkiego co polskie, do patriotyzmu jeszcze daleka droga. Pomyślałam, że w zasadzie niewłaściwie zadałam mu pytanie, bo może, a nawet na pewno, było zbyt ogólne i dlatego kolega miał problem z udzieleniem odpowiedzi.
Postanowiłam więc zapytać o nasz lokalny patriotyzm, ograniczając się do terenu gminy, w której mieszkamy.
- Bierzesz może udział czasami w spotkaniach lokalnych artystów? Zwykle prezentują swoje umiejętności darmo, ale czasem sprzedają niejako przy okazji swoje książki, albumy, obrazy, wyroby rękodzielnicze. W ten sposób starają się częściowo pokryć koszty swoich hobby, nierzadko dość kosztownych. Tak jak to bywa w przypadku podróżników, malarzy czy pisarzy. Wszelkie wydawnictwa, farby, stelarze, materiały dekoracyjne, wszystko to sporo kosztuje. Wspomagając ich poprzez zakup dzieł artystów wspomagamy przecież to, co polskie. To taki nasz lokalny patriotyzm. Przynajmniej moim zdaniem. Staszek jednak go nie podzielał.
- Jeszcze czego! – wręcz się oburzył. – Czy mnie ktoś w czymś wspomaga? – pokrzykiwał.
- No dobra – odparłam, uznawszy, że muszę przytoczyć inny przykład, bo ten nie jest dostatecznie dla niego przekonywujący. – Zapytam inaczej: Od casu do czasu organizowane są w gminie akcje krwiodawstwa. Brałeś kiedykolwiek udział w takiej akcji?
- Zwariowałaś! – znów się oburzył. – Żeby złapać hifa albo żółtaczkę?! A poza tym, sam jestem chory i nie mogę oddawać krwi!
- Rozumiem. Przepraszam, nie wzięłam tego pod uwagę – spuściłam głowę, bo może rzeczywiście nie był to najlepszy przykład.
Postanowiłam jednak tak łatwo nie odpuścić. W głębi duszy czułam, że gdzieś mimo wszystko znajdę coś u Staszka, co potwierdziłoby jego patriotyzm. Na pewno jest coś, choć może on sam jeszcze o tym nie wie. To znaczy nie umie odnaleźć, wypowiedzieć słowami. Przypomniałam sobie, że dopiero co w ubiegłą niedzielę zbierano pieniądze na tacę, które przeznaczone miały być na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Delikatnie więc naprowadziłam go na ten temat. Odpowiedź w zasadzie była do przewidzenia.
- O nie! Nie będę wspierał pasibrzuchów! Poza tym tam na tym uniwersytecie wszystko wyłożone jest marmurami! – grzmiał! – I ja mam jeszcze łożyć na to kasę?!
- O!- nagle coś go olśniło. – Kupuje tylko polskie produkty! – Powiedział wielce ucieszony tym, że może czymś mnie „zagiąć”.
- To się chwali… Ale przecież czasem widuję cię w Lidlu albo w Biedronce – przypomniałam sobie.
- Ale kupuję tam tylko polskie produkty – powtarzał dumnie.
- Załóżmy, bo przecież nie jestem w stanie to sprawdzić… Ale samochodem jeździsz niemieckim.
- Przecież wiesz, że mnie na inny nie stać. Kupiłem go na szrocie.
- Polskich nie było? – spytałam z ironią.
- Były, ale drogie.
Kolejne przykłady jakoś nie pchały mi się do głowy i powoli zaczynałam mieć problem z przytoczeniem następnego. Nieoczekiwanie jednak przypomniałam sobie, że widziałam go kiedyś w szkole w Jasienicy podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Naiwnie sądziłam, że co jak co, ale tam z pewnością przywiodła go chęć wspomożenia datkiem szczytnej akcji. Okazało się, że byłam w wielkim błędzie.
- No coś ty! Chodzę tam co roku, bo fajnie grają. Ta orkiestra dęta pod kierownictwem p. Urbana z Bielowicka jest niesamowita!
Co do orkiestry, to w pełni się z nim zgadzam. Co zaś się tyczy reszty… ręce opadają! Żeby nie wspomóc akcji ani złotówką? Nie rozumiem tego.
- Przecież wiesz, że mam niską rentę. Z czego mam im dać? – tłumaczył się Staszek.
- Miewamy w domach różne przedmioty, które można podarować. Nie muszą to być pieniądze – zasugerowałam.
Na to kolega miał już gotową odpowiedź.
- Przecież wiesz, co gadają w telewizji. Że Owsiak jest nieuczciwy. Po co cokolwiek dawać takim ludziom?
- Bierzesz udział w  akademiach organizowanych przez Urząd Gminy z okazji różnych państwowych świąt?– spytałam. - To nic nie kosztuje
- Po co? To jakieś durnoty są! Nuda i tyle! – usłyszałam od Staszka wielkiego patrioty.
Prowadzenie dalej tej rozmowy było bez sensu, bo tylko wprawiało mnie w irytację. Przykłady lokalnego patriotyzmu mogłabym mnożyć bez końca, ale po co? Mój rozmówca najwyraźniej nie zamierzał w tym temacie nic zrobić. Za to niezmiernie łatwo przychodziło mu negowanie wszystkiego, w co tak naprawdę miał okazję się włączyć i udowodnić czynem postawę prawdziwego patrioty.
Na co w takim razie czekał? Chyba nie na, nie daj Boże, wybuch wojny? Bo gdyby nawet, to, z całym szacunkiem dla kolegi, ale ze swoimi chorymi nogami niczego nie byłby w stanie dokonać.

Od tamtej rozmowy minął szmat czasu i powoli o niej zapomniałam. Przypomniałam sobie o niej dopiero teraz. Dzień wcześniej zadzwoniła do mnie jedna z moich znajomych i umówiłyśmy się na wspólny spacerek po wsi. Tak dla zdrowia. Deszcz akurat przestał padać, więc była ku temu doskonała okazja. Spacerowałyśmy akurat w pobliżu domu Staszka. Dawno nie byłam w tej okolicy, więc z ciekawością rozglądałam się na boki, obserwując, co też od tego czasu się tu zmieniło. Akurat patrzyłam w przeciwną stronę co moja znajoma, gdy usłyszałam jej pełen przerażenia krzyk.
- Jezus Maria! – krzyczała, kierując rękę w kierunku domu Staszka.
Natychmiast spojrzałam w tę stronę. I obie zamarłyśmy w bezruchu. Na pierwszym piętrze, na balkonie stał Staszek, siłując się z wielką biało-czerwoną flagą, którą jak się domyśliłyśmy, zamierzał przymocować do metalowej, balkonowej  balustrady. Bezwładnie przewieszony przez poręcz, sprawiał wrażenia, jakby zaraz miał wypaść z balkonu. Tuż obok niego, oparte o metalowe pręty stały dwie jego kule. Niesforna flaga nijak nie chciała współgrać z ruchami jego rąk, i tylko patrzeć, a nieszczęście gotowe.
Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo, bo nogi miałyśmy jak z kamienia. Coś ewidentnie trzymało nas w miejscu.
- Jak krzyknę na niego, żeby dał sobie z tym spokój, to odwrócę mu uwagę i jeszcze gotów wylecieć z tego balkonu – powiedziała Anka, a ja się z nią zgodziłam.
- Jeśli podejdziemy bliżej, zauważy nas i sytuacja też może się skończyć w ten sam sposób – myślałam podobnie co koleżanka. – Kto go tam wie, zacznie się popisywać…
Od tej strony zdążyłyśmy go już dawno poznać. Nasze obawy były więc w pełni uzasadnione. Co zatem mogłyśmy zrobić? Stać i czekać, i chyba jeszcze tylko modlić się, żeby nie stało się to najgorsze. Na szczęście dobry Bóg przyszedł nam z pomocą, bo nieoczekiwanie w drzwiach balkonowych domu kolegi pojawił się jakiś młody mężczyzna i odciągnął go stamtąd. Może był to syn, a może ktoś inny. Nie wiem. W każdym razie jakiś jego Anioł Stróż.
- No popatrz! – powiedziałam do Anki, po krótce opowiadając jej ową historię. – I to jest cały jego patriotyzm.
Wywieszenie flagi, na tyle wielu z rodaków stać. Wielka szkoda, że tylko tyle, bo pisanie o patriotyzmie w Internecie, albo przypisywanie go sobie, który nijak nie jest poparty żadnym czynem, to jakieś wielkie nieporozumienie.