wtorek, 22 sierpnia 2017

Opowiadania "Osiem grzechów głównych" - 3. Lenistwo

Kolejne opowiadanie

3. Lenistwo
Nieoceniona grusza, pod którą nic nas nie rusza          

  Rozłożysta grusza rosnąca w ogrodzie od niepamiętnych czasów, stanowiła jakby integralną część z domostwem Kołbasiuków. To tu najczęściej, a nie we wnętrzach domu, toczyły się wszelkie debaty na nurtujące rodzinę tematy. Grusza była wprost nieoceniona niemal o każdej porze roku. Za wyjątkiem zimy, bo wtedy nikomu z domowników do niczego nie służyła, ale ptactwu szukającemu pożywienia, i owszem. Na jej najniższych gałęziach bowiem nestor rodu zamontował dwa karmniki dla ptaków. Co prawda bywało że zapominał włożyć do nich karmę, ale jak mawiał, liczy się intencja. No nie wiem, polemizowałabym…
Tak więc wraz z innymi drzewami grusza urozmaicała jedynie nieco nudnawy krajobraz całkiem sporej wielkości ogrodu. Za to już wczesną wiosną, latem i jesienią, stawała się czymś w rodzaju ogromnego parasola, pod którym przy wielkim ogrodowym stole, na drewnianych ławach sadowiła się cała rodzinka. Każda pora dnia i nocy była do tego dobra. Jedynie złośliwy deszcz czasem krzyżował im plany, przepędzając rodzinkę Kołbasiuków w nieco mniej atrakcyjne miejsce, czyli do domu.
Kilkudziesięcioletnia grusza niejednokrotnie była świadkiem historii, którą pod jej rozłożystymi gałęziami tworzyli poszczególni członkowie rodziny. Tu można było usłyszeć niemal wszystko, co dzieje się u nich w rodzinie, u sąsiadów, we wsi i nie tylko we wsi. Myślę, że gdyby na jej wierzchu umieścić urządzenie nadawcze, można by z powodzeniem przesyłać wiadomości na cały kraj. Kołbasiukowie byli w tej materii zawsze na bieżąco. Znali dokładnie najnowsze notowania i plany biznesowe niemal wszystkich mieszkańców gminy, a także najskrytsze tajniki alkowy niejednego z nich, o polityce nie wspomniawszy. Regułą było, że ledwo tylko zaczynał się na dobre ranek, zrazu na drewnianej ławie pojawiała się pachnąca kawa, przy której zgodnie siadywali, racząc nią swoje podniebienia. A potem bywało różnie. W zależności od nastrojów domowników, zmieniały się napoje serwowane jej członkom, a także najnowsze plotki.
Senior rodu był już na emeryturze i mógł sobie pozwolić na spędzanie niemal całego swojego czasu w cieniu konarów dorodnej gruszy. Seniorka, prawie od zawsze rencistka, też miała go w nadmiarze. Choć jeszcze młoda, nie kwapiła się do pracy, choćby najlżejszej z najlżejszych. Ich sytuacja majątkowa była wprawdzie trudna, ale nie było to bynajmniej powodem, dla którego któreś z nich chciałoby dobrowolnie zrezygnować ze swojego miejsca pod gruszą. Odnosiło się wrażenie, że nawet, gdyby chcieli tego dokonać i tak nie byliby w stanie. Stale słyszało się tylko, że są potwornie zmęczeni. A zmęczenie, to przecież największy wróg pracy. Poza lenistwem oczywiście.
W dowolnym tłumaczeniu, czasem lenistwo może być wynikiem zmęczenia lub odwrotnie, zmęczenie wynikiem lenistwa. W każdym bądź razie, między jednym a drugim była tylko subtelna granica, którą łatwo można było przeoczyć.
Przypadłość rodziny Kołbasiuków była jednak przez wszystkich zrozumiała. Notoryczne przemęczenie, objawiające się między innymi brakiem jakichkolwiek bodźców do podjęcia pracy, było szczególnym rodzajem zmęczenia. Przy czym nie powodowała go jakaś choroba, ani nawet niemożność starszego wieku, ale zwyczajne nieustanne gadulstwo. Dokładniej mówiąc, plotkowanie. Kto nie wierzy, że ciągłe rozmawianie może męczyć, jest w błędzie. Dorodne drzewo nad głowami owej rodziny z powodzeniem mogłoby posłużyć jako niekwestionowany dowód. Gdyby owa grusza umiała mówić, mogłaby niejedno powiedzieć, a tak stawała się tylko niemym świadkiem poczynań rodziny Kołbasiuków na przestrzeni historii.
W nielicznych chwilach, spowodowanych brakiem najnowszych plotek, seniorka rodu, Barbara, spoglądała na swój dom i okiem znawcy wyliczała, co w nim wymagałoby remontu. Tak było i tego dnia.
- Dach się sypie, trzeba kupić nowe rynny. Drut od piorunochronu jest przerwany, trzeba to naprawić. Okna, pożal się Boże, nie malowane od piętnastu lat – wyliczała.
- Tynk też odpada, plac przed domem w samych dziurach. Dobrze by było kupić jakieś nowe kostki brukowe. A ogrodzenie, zlituj się Boże! Należałoby jedynie je zdjąć i zostawić ogród bez siatki, bo i tak nie spełnia swojej roli. Jest dziurawe jak ser szwajcarski – wtórował jej małżonek.
Na tych wyliczeniach jednak zwykle się kończyło. Potem było ogólne posumowanie, wstępny kosztorys i wnioski. Zawsze te same.
- Nie mamy na to kasy!
Syn Kołbasiuków, Dominik, miewał zwykle dużo pomysłów na to, jak temu zaradzić, tyle tylko, że nikt go nie słuchał.
- Maliniak szukał ludzi do swojego warsztatu - zagadnął tego dnia. - Może go ojciec spyta i zatrudni się u niego? – podpowiadał mu rozwiązanie najstarszy syn. Zresztą nie pierwszy raz.
- Ja? Coś ty? Mało się w życiu naharowałem? – wyraził swe oburzenie ojciec.
- To podobno lekka praca, a zawsze trochę grosza wpadłoby do kieszeni – próbował go przekonać.
- Jestem za stary. Ty idź – zasugerował synowi.
- Mnie nie przyjmą, ja z kolei jestem za młody. Potrzebują kogoś, kto ma jakie takie pojęcie o mechanice. A w dodatku słyszałem, że najchętniej zatrudniliby rencistę albo emeryta, żeby nie musieli płacić ZUS-u – brzmiała odpowiedź Dominika.
Tymczasem Barbara oparta leniwie o grubą dechę z tyłu ławki, beznamiętnym wzrokiem wodziła po błękitnym niebie, być może oczekując stamtąd jakiejś sensownej podpowiedzi. Wreszcie chyba ją znalazła, bo nagle wtrąciła się do rozmowy.
- Woźniakowa pytała ostatnio, czy nie zaopiekowałabym się jej dzieciakiem. Znalazła jakąś pracę, a dzieciak do przedszkola się nie kwalifikuje. Nie skończył jeszcze trzech lat.
- I co? Zdecydowałaś się? – dopytywała się siostra pani Barbary zaproszona tego dnia na kawkę.
- No co ty! Czy ja jestem głupia? – oburzyła się natychmiast. - Zdrowie będę sobie szarpać dla jakiegoś obcego dzieciaka? Będą wakacje, to chłopcy gdzieś sobie dorobią u jakiegoś rolnika i będą mieli parę groszy na swoje potrzeby. Jakoś to będzie!
- Ale to nie wszystko. A reszta? – dopytywała się siostra Helena. – Znowu będziesz stała pod drzwiami Opieki Społecznej i dopraszała się o jakąś pomoc?
- Może nie będzie takiej potrzeby. Jak dostaniemy pieniądze z 500 plus, to nas to ustawi…
Mało konstruktywne rozważania na temat ewentualnej pracy znienacka przerwało pojawienie się pani Krystyny, sąsiadki Barbary, która wstąpiła do nich po drodze i jak się okazało miała jakiś interes do męża Barbary.
- Dzień dobry! – Przywitała ich z uśmieszkiem na ustach, który zwykle prezentowała w takich okolicznościach.
- A gdzież to się pani wybiera z tymi grabkami? – spytała seniorka rodu, zauważywszy w jej ręku rolnicze narzędzia.
- U Wolinów szukają rąk do pracy w polu. Mają sporo sadzonek sałaty do posadzenia, to i będzie można coś zarobić. A pani by nie reflektowała? – spytała nieświadoma tego, że jej pytanie spotka się z dezaprobatą.
- Ja? – zdziwiła się Barbara. - Nie. Boli mnie kręgosłup.
- Mnie też boli, ale z czegoś trzeba żyć. Nie mogę znaleźć nic lżejszego, to biorę, co popadnie – tłumaczyła się pani Krystyna, niemłoda już kobieta z twarzą pooraną bruzdami czasu.
Zaproszona do stołu, usiadła na małą chwilkę.
- Zepsuła mi się pralka, a pan, panie Mateuszu, podobno umie naprawić takie rzeczy.
Może by pan do niej zajrzał? – spytała sąsiadka przywiedziona tu nadzieją znalezienia pomocy. Mateusz bowiem miał smykałkę do majsterkowania i słynął w całej okolicy z tego, że potrafił uporać się z każdą naprawą. Być może mógłby na tym zarobić wcale niemałe pieniądze, gdyby tylko chciał.
- Zajrzeć mogę, ale nie chce mi się jechać do miasta po części do niej. Bilety autobusowe trochę kosztują – usiłował się wymigać.
- Mogłabym je panu pokryć. Po prostu doliczy pan do usługi i już. Byle tylko ta nieszczęsna pralka znów nadawała się do użytku. Nie stać mnie na nową – niemal błagała zdesperowana pani Krystyna.
Mateusz przeciągnął się leniwie raz i drugi, spojrzał na nią swoim znudzonym wzrokiem, po czym lekko się wahając, a właściwie ociągając, próbował udzielić jej nieco pokrętnej odpowiedzi.
- No, zobaczymy. Jeśli nie spadnie dzisiaj deszcz, to może się pofatyguję do miasta, tylko po południu. Ale to niebo jakieś takie niepewne…
- Ja tam nie widzę na nim żadnej chmurki. A zresztą, odkąd to boi się pan deszczu? – zaśmiała się sąsiadka.
- Nie boję się, ale chodzić w deszczu po mieście to nic przyjemnego.
Rozmowa z sąsiadką nie trwała zbyt długo, bo pani Krystyna śpieszyła się do pracy, a w dodatku na horyzoncie pojawiła się nowa postać, która przez kilka następnych chwil wzbudziła zainteresowanie w rodzinie Kołbasiuków. To była Matylda, najbliższa sąsiadka. Wracała właśnie z miasta objuczona załadowanymi po brzegi torbami.
Rzadko opuszczała dom, ale kiedy już zdecydowała się opuścić swoje miejsce w domu, zwykle wracając, uginała się pod ciężarem zakupów. Zupełnie, jakby za jednym razem chciała zrobić zakupy na co najmniej kilka miesięcy. Nie miała własnego samochodu, choć ten niewątpliwie by się jej przydał i to koniecznie ze sporym bagażnikiem.
Niestety, samochód zastępował jej poczciwy pekaes, a z resztą musiały uporać się jej własne ręce.
No właśnie, kobieta opuszczała swoje miejsca w domu, a nie dom, bo dom jako taki ją nie interesował, ale kanapa przed telewizorem jak najbardziej. Matylda z racji sąsiedztwa, zmierzając do swojego domu, chcąc nie chcąc, musiała przejść koło ogrodzenia Kołbasiuków. Tym samym nie mogła przejść niezauważona.
Była osobą samotną, w średnim wieku, ale niezbyt sprawną, głównie z powodu swojej nadmiernej tuszy. Był to namacalny wynik wysiadywania przed telewizorem, od którego jednak Matylda stanowczo się odżegnywała. Swoją winę usiłowała zrzucić na Bogu ducha winne geny, które rzekomo odziedziczyła po matce. I nikt nie był w stanie ją przekonać, że to nie geny po niej odziedziczyła, tylko charakter.
Matylda nie miała w życiu prawie żadnych problemów, poza jednym. Była nie tyle uzależniona od samego telewizora, co od nadawanych w nim seriali. Największym życiowym jej problemem było to, jak pogodzić obejrzenie dwóch interesujących ją filmów, nadawanych w tym samym czasie na dwóch różnych kanałach. Męża nie miała, bo jak mówiła „nie ma zamiaru prać komukolwiek gaci ani brudnych skarpet”. Dzieci, oczywiście tym bardziej nie, bo: „Z nimi tyle kłopotów, brudnych pieluch, no i trzeba byłoby iść do pracy”. A tak do przeżycia wystarczała jej skromna renta i czasami jakaś pomoc z Opieki Społecznej. Chwaliła się tymi swoimi życiowymi mądrościami i rzekomą zaradnością wszerz i wzdłuż, myląc zaradność z lenistwem. Ale jak mawiała, to jej życie i jej problem.
Szczególnie często przysiadywała na drewnianej ławie wokół stołu Kołbasiuków pod gruszą. Bo też jedynie tutaj zyskiwała pewien aplauz, czy jak kto woli, uznanie w tym, co sobą reprezentowała. Teraz też nie omieszkała przycupnąć na małą chwilkę, zaproszona przez panią Barbarę, żądną jak zawsze najnowszych plotek.
- Co też tam słychać na szerokim świecie? – pytała proponując Matyldzie kawę.
- A tam! Nic szczególnego. A za kawkę dziękuję, śpieszę się. Może innym razem, dzisiaj sobie odpuszczę. Niebawem zaczyna się mój ulubiony serial „Niewolnica z wyboru”. Rano nie udało mi się go zobaczyć. Nie było prądu, więc pojechałam do miasta pozałatwiać troszkę spraw. Mam nadzieję, że prąd już włączyli, bo za dziesięć minut zaczyna się popołudniowa emisja – dopytywała się z niepokojem. – Jak to dobrze, że po południu są powtórki – mówiła z przejęciem, jakby to mało ambitne filmidło było czymś niebywale ważnym.
- Tak, tak, włączyli – zapewniała ją Barbara.
- Byłam u lekarza po receptę na te moje skołatane nerwy i wstąpiłam do tego nowego sklepu koło dworca PKS - Matylda uznała za stosowne w skrócie zdać sąsiadce relację ze swojego wypadu w miasto. - Wyobraź sobie, Basiu, że była promocja i kiełbasę szynkową sprzedawali po pięć złotych za kilogram, a schab po siedem złotych!
- Niemożliwe! Tak tanio? – Dziwiła się i nie bez powodu, bo rzeczywiście o aż tak wielkich promocjach dotąd nie słyszała. – Ile kupiłaś? Z pewnością sporo? Pewnie wystarczy ci teraz do następnych świąt? – dopytując się, trochę z niej żartowała, ale i nieco zazdrościła.
- A tam! Nic nie kupiłam, bo były długie kolejki. Musiałabym stać z pół godziny.
- No co ty? Przecież i tak nie masz nic innego do roboty. Ja to bym kupiłam, ile się tylko da – nie mogła zrozumieć Barbara.
- Ach, bo to ja mam siłę stać w kolejkach? A poza tym, nie zdążyłabym na film… - brzmiała odpowiedź, której zresztą należało się spodziewać.
Matylda nie zabawiła zbyt długo w towarzystwie Kołbasiuków. Było jej spieszno, a w dodatku tłumaczyła się potwornym zmęczeniem. Sprawiała wrażenie, jakby męczyło ją nawet siedzenie na ławie pod gruszą. Co raz to rękami masowała swoje rzekomo obolałe nogi i plecy.
- Taka wyprawa do miasta jest okropnie męcząca. Nawet sobie nie wyobrażasz, Barbaro, jak bardzo. W ogóle nie rozumiem tych ludzi, którzy codziennie dojeżdżają do miasta do pracy. To prawie piętnaście kilometrów! Samochodem, no jeszcze… ale autobusem?
Z Matyldą nie należało zbytnio dyskutować, bo nie tylko to ją w życiu dziwiło i nie tylko tego nie rozumiała, ale znacznie więcej. Niejeden ze znajomych zazdrościł jej spokojnego, bezproblemowego życia. Ale nikt nie zazdrościł jej całej reszty. Kto chciałby żyć tak jak ona? Jej życie było swoistym rodzajem więzienia ze szklanym ekranem wewnątrz. Więzienia, w które w dodatku sama dobrowolnie się wpakowała, rezygnując ze wszystkiego, co przynosiło normalne życie: Posiadania rodziny, domu i własnych spraw. Matylda żyła życiem innych, życiem wymyślonych ekranowych postaci. Żeby żyć własnym, była zbyt leniwa.
Ledwo tylko opuściła niezbyt wygodną, drewnianą ławkę pod gruszą, Barbara nie omieszkała skomentować jej zachowania.
- Ona, to się ma dobrze – przeciągnęła się leniwie. – Gotuje, kiedy chce, albo i wcale. Pierze, kiedy chce. Bywa że raz na kwartał, wstaje, kiedy chce... Nic nie musi.
- Ty też nie robisz wiele więcej – wtrącił się mąż.
- Jak to? – oburzyła się Barbara. – A kto wam pierze?
- Pralka – odparł spokojnie, kątem oka zerkając na jej siostrę, teraz na odmianę leniwie sączącą zimną colę.
- Pralka! Pralka! A prasowanie, to co?
- Na ogół robi to nasza córka, Anetka.
- A obiady, to co? Też Anetka?
- Czasami ty, czasami twoja mama…
- Nie wiem, czemu się czepiasz? – znów się oburzyła.
- Wcale się nie czepiam, tylko mówię jak jest.
- Dajcie spokój! Nie ma nic gorszego od kłótni – wtrąciła się siostra Helena.
- To jego wina. Stale mi udowadnia, że nic nie robię, a on sam się niczego nie tknie.
- Swoje już w życiu zrobiłem. Teraz odpoczywam – powiedział z przekąsem Mateusz.
- Dzieciaki jeszcze chodzą do szkół, to mógłbyś czasami coś dorobić – dogadywała mu.
Kłótnia między nimi zapewne trwałaby dłużej, gdyby drogą ciągnącą się wzdłuż płotu, nagle nie przemknęło eleganckie auto Zalewskich.
- Oni to mają kasy! – Aż syknęła Barbara na widok lśniącego cacka jednych z mieszkańców wioski i zarazem niedalekich sąsiadów. – Nikt mi nie wmówi, że to z ich pracy. Nakradli, ile wlezie, to mają!
- A tam! Przecież ona jest lekarką, a on pracuje w banku, to pewnie też ma niezłą pensyjkę – usiłowała wziąć ich w obronę Helena. – W dodatku rzadko widuję ich wracających z pracy wcześniej niż przed wieczorem. Wygląda na to, że są strasznie zapracowani.
Helena mieszkała niedaleko państwa Zalewskich. Często ich widywała, ale prawie nigdy nie rozmawiała z nimi. Za wyjątkiem kilku grzecznościowych zwrotów powiedzianych sobie nawzajem przez płot graniczący z ich domostwami, nie miała z nimi żadnego kontaktu. Zwykle gdzieś się spieszyli, albo dopiero co wrócili, pospiesznie zdążając w stronę swojego domu.
- Mów sobie, co chcesz, ale nie wmówisz mi, że nie kradną. Z normalnych pensji nikt tego nie jest w stanie mieć. Dom „odpicowany”, auto pierwsza klasa, a o ciuchach, to już nawet nie wspomnę – zazdrościła im.
Barbara nie umiała, a może raczej nie chciała zauważyć tego, co inni dostrzegali jak na dłoni, a co dotyczyło trybu życia rodziny Kołbasiuków. Gdyby oboje z mężem spróbowali chociaż troszeczkę „odkleić” swoje tyłki od drewnianej ławki pod gruszą i od czasu do czasu zabrać się za jakąś pracę, ich sytuacja też byłaby o wiele lepsza. Z pewnością nie byliby w stanie dorównać Zalewskim, ale dzięki temu z niejednym problemem poradziliby sobie bez trudu. Na przykład z naprawą dachu. Tyle że nie było im to w głowie, a ich i tak już skromne pieniądze pochłaniały niekończące się biesiady, kawy, piwka, papierosy i alkohol. Przybywało im za to tuszy i siwych włosów, i powodów do kolejnej zazdrości.
Zazdrość była nieodłączną cechą lenistwa. Zupełnie jakby te dwie cechy charakteru nie potrafiły bez siebie istnieć.
I tak tkwili Kołbasiukowie latami w szponach zazdrości i bezgranicznego lenistwa, narzekając na swój los przy każdej nadarzającej się okazji. Przedmiotem narzekania stawało się wszystko. Gdy czegoś im brakowało, było źle. Gdy zaś to coś posiadali, jeszcze gorzej, bo trzeba było o to zadbać. Niestety, kiedy ma się dwie lewe ręce i głowę zaprzątniętą głównie plotkami, to ani ciało, ani mózg nie jest w stanie funkcjonować normalnie. A kiedy nie da się funkcjonować normalnie, wtedy najlepiej nic nie robić, bo a nuż można by coś przy okazji sknocić, popełnić jakiś nieodwracalny błąd. I dopiero byłby problem! Barbara i Mateusz hołdowali bowiem zasadzie, że nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią, tyle że na opak ją rozumiejąc. Drugą, równie ważną zasadą przyświecającą ich życiu, była powtarzana przez nich po stokroć stara, wyświechtana maksyma: „Żyje się po to, żeby jeść”. Z pewnością był to jakiś sposób na życie, choć zdaniem innych, był to raczej sposób na marnowanie życia, tego niezwykle cennego daru, jakim obdarzył nas dobry Bóg.
A wszystko za sprawą zwykłego lenistwa, pojmowanego i odmienianego na różne sposoby. Lenistwa skrywanego często pod płaszczykiem rzekomego zmęczenia.
Oszukiwanie siebie i innych tłumaczeniem, że: „Nie mam siły, nie dam rady, nie umiem, nie uda mi się”.





niedziela, 20 sierpnia 2017

Opowiadania "Osiem grzechów głównych" - 2. Zazdrość.


Zdecydowałam się opublikować na swoim blogu zbiór opowiadań zatytułowany  „Osiem grzechów głównych”. Opowiadania napisane zostały przeze mnie kilka lat temu, jednakże nic nie straciły na aktualności. Jak do tej pory nie znalazł się wydawca, który skłonny byłby wydać je drukiem. Postanowiłam jednak nie chować ich dłużej w plikach w komputerze. Dlatego udostępniam je dzisiaj Państwu i poddaję pod ocenę.
Opowiadań jest osiem. Dlaczego akurat tyle, a nie siedem,  tak jak siedem grzechów głównych, dowiedzą się Państwo w ostatnim opowiadaniu. Będę je publikowała dwa razy w tygodniu, zwykle w środy i w niedziele.
Życzę przyjemnej lektury.

A oto drugie opowiadanie 

2. Zazdrość
Nie będziesz lepsza ode mnie
  
Małgorzata skakała z radości jak małe dziecko. Już nie pamiętała, kiedy ostatni raz cieszyła się aż tak bardzo. Powodów do radości w jej życiu było sporo. Choćby zdana matura na piątkę, ślub z ukochanym Mikołajem, narodziny wyczekiwanych dzieci, kupno pierwszego samochodu, mieszkania i tak dalej. Ale teraz Małgorzata cieszyła się w szczególny sposób. Głównie dlatego, że od dawna nic nadzwyczajnego nie działo się w jej życiu, a tu niepodziewanie los się do niej uśmiechnął.
Dzieci dorosły i kilka lat temu opuściły dom rodzinny. Nie cierpiała jednak z tego powodu na syndrom opuszczonego gniazda. Przeciwnie, wreszcie mogła odetchnąć pełną piersią. Myśl, że czas najwyższy zająć się przede wszystkim sobą stała się odtąd tą dominującą. A teraz na dodatek wreszcie zaczęły spełniać się jej życiowe marzenia. Te, o których od dawna nie wspominała mężowi i dwóm synom. Zupełnie, jakby były całkiem nieistotne i nierealne. W rzeczywistości czuła dokładnie przeciwnie, ale ze względu, iż zwykle je ignorowali, uważając trochę za przejaw fanaberii, z czasem przestała poruszać ten temat. Obawy, że każda próba znów spotka się z dezaprobatą były całkiem uzasadnione. Mikołaj trwał bowiem w przekonaniu, że dom, mąż i dzieci to wszystko, czego potrzeba do szczęścia kobiecie. Do takiego schematu i zarazem modelu rodziny przyzwyczajał też swoim synów, nie przejmując się zbytnio, kiedy czasami szowinistyczne zapędy całej trójki sprawiały ból ich najbliższym osobom. Zwłaszcza jej, cichej, pokornej i usłużnej. Kobiety o złotym sercu, ale nie radzącej sobie z asertywnością, przez co nieraz odczuwała wielki dyskomfort. Mimo wszystko chciała być i była dla nich kochającą matką i żoną. Ze swoich priorytetów wywiązywała się na szóstkę z plusem, co było dla nich i po części dla samej Małgorzaty powodem do zadowolenia. Po części, gdyż ciągle odczuwała pewnego rodzaju niedosyt.
Poza matką i żoną, była przecież kobietą z krwi i kości. I jak każda kobieta, miała swoje mniejsze i większe potrzeby, swoje małe marzenia i wielkie tęsknoty. Tęsknoty do czegoś, czego dotąd nie zaznała w swoim życiu, a chciałaby jeszcze doświadczyć. Spełniła się jako żona i matka, ale wciąż nie czuła się spełniona jako kobieta. Dopiero teraz dotarło do niej, jak mało czasu poświęciła sobie samej. Zaledwie ułamek swojego życia, a jeszcze mniej na realizację swoich zwykłych, może czasem przyziemnych, ale zawsze to kobiecych marzeń. Gdzieś tam ukryte głęboko w jej świadomości, zepchnięte na margines tego, co szumnie nazywało się życiem, tkwiły przez lata, nie ujawniając się prawie wcale. Właściwie na realizację ich już prawie przestała liczyć. Zawsze coś jej w tym przeszkadzało. A to czas nie ten, a to brak pieniędzy, a to czyjaś choroba, albo inne zmartwienia. Wypełniały skutecznie i niemal bez reszty cały jej czas. I tylko czasem wzdychała po cichu w głębi duszy, przywołując je w swoich myślach.
Generalnie, teraz, kiedy zostali z mężem sami w domu i była w stanie zaplanować swój czas tak, by i inne sprawy na tym nie ucierpiały, mogła wreszcie zająć się realizacją marzeń. W swoim przekonaniu była to sobie winna. Któregoś dnia zaparła się w sobie i postanowiła spróbować.
Zaczęła od znalezienia dla siebie pracy, ale takiej z prawdziwego zdarzenia. Nie dorywczej, nie byle jakiej, tylko takiej, która przede wszystkim by ją satysfakcjonowała, nie pozbawiając przy okazji zdrowia i nerwów. Czas, który dotąd poświęcała dzieciom, teraz w całości chciała przeznaczyć wyłącznie na coś, co lubi i co przynosi zarazem wymierne korzyści materialne.  Coś, co nie byłoby dla niej utrapieniem, a jedynie czystą przyjemnością. Pomyślała, że to dobry pomysł, bo w dodatku byłoby to z korzyścią dla rodzinnego budżetu, który od dawna wymagał podreperowania.
Nie liczyła, że pójdzie jej łatwo. Skończyła pięćdziesiątkę i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest to wiek sprzyjający poszukiwaniom pracy. Była przygotowana na to, że być może upłynie jeszcze sporo przysłowiowej wody w strumieniu, zanim trafi na coś wymarzonego. Postanowiła jednak nie poddawać się tak szybko i nie zrażać niechęcią pracodawców do pań w kwiecie wieku. Sporo wydeptała ścieżek i przemierzyła schodów, zanim szczęście się do niej uśmiechnęło. Potem żartowała, że los był jej to winien. W nagrodę za jej dotychczasowe starania względem rodziny. Nie bez znaczenia był tu zwykły fart, bo tak naprawdę, chyba tylko tak należało o tym rozprawiać.
Po części też zawdzięczała to dawnemu znajomemu, jeszcze z czasów liceum, który pomógł w tym losowi, a dokładniej mówiąc, przekazał jej namiary na nieźle płatną pracę w agencji reklamowej produkującej uliczne reklamy. W agencji potrzebowali kogoś od zaraz i przede wszystkim dyspozycyjnego. To akurat mogła zaoferować. W dodatku miała zmysł plastyczny i dużo zapału, a w takiej pracy jak ta, była to cecha wręcz wymagana.
Niemal natychmiast rzuciła się w wir pracy, stawiając wszystko na jedną kartę. Tak jak kiedyś wszystkie swoje siły skupiła na rodzinie, tak teraz postanowiła spożytkować je prawie wyłącznie w firmie reklamowej. Co ważne, szybko okazało się, że projekty reklam Małgorzaty niemal bezbłędnie trafiały w gusta zamawiających i prawie zawsze okazywały się najlepsze, spośród tych, które przedstawiali pozostali pracownicy. Niektórzy szczerze zazdrościli jej trafnych pomysłów, którymi zadziwiała swojego szefa i zleceniodawców. Inni widzieli groźną dla nich konkurencję i po trochu jej się obawiali.
Na szczęście dla niej, szef potrafił docenić jej talent i polubił zarazem. Pracowita i bezkonfliktowa, stała się cennym nabytkiem w firmie, co przekładało się bezpośrednio na jej pensję i prestiż. Nie minął jeszcze rok, od kiedy zaczęła pracę w agencji, a już świętowała swój drugi awans. I jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, szła za tym kolejna podwyżka pensji. Małgorzata triumfowała.
Wreszcie poczuła się dowartościowana i śmiało mogła powiedzieć o sobie, że jest naprawdę szczęśliwa. Swoim sukcesem nie omieszkała pochwalić się przed przyjaciółką Ewą.
- Ewka, czy ty możesz sobie wyobrazić coś takiego? Doścignęłam mojego męża! – Cieszyła się po stokroć, chwaląc się przed swoją najlepszą przyjaciółką i jednocześnie koleżanką z pracy. – Teraz będę zarabiała dokładnie tyle, ile on! – aż zacierała ręce.
- Jeśli będziesz w takim tempie awansować jak dotąd, to niedługo twój własny mąż do pięt nie będzie ci sięgał – wtrąciła swoje Ewka, trochę z niej żartując.
- E tam. To nie o to chodzi. Dla mnie ważne jest, żeby udowodnić mu, że jestem tyle samo warta, co on.
- Jak to? – dziwiła się Ewka. – Przecież to oczywiste.
- Niestety, nie dla niego. W sumie nie jest złym mężem, ale wiesz, jak to jest. Stale gdzieś między wierszami dawał mi do zrozumienia, że skoro nie zarabiam konkretnych pieniędzy, to nie mogę się z nim równać. Niby żartem, niby delikatnie, ale jednak… A to boli. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ty nie masz męża, więc być może trudno ci to zrozumieć, ale uwierz mi, naprawdę tak jest.
- Rzeczywiście, trudno to zrozumieć. Przecież wartość twojej pracy w domu z pewnością jest równa jego pensji, że nie wspomnę o opiece nad dziećmi przez te wszystkie lata. A gdyby tak dobrze policzyć, to może i więcej? – dziwiła się Ewka.
Małgorzata sama kiedyś się nad tym zastanawiała. Niejeden raz robiła rachunek w swoich myślach, próbując realnie wycenić pracę gospodyni domowej i zarazem opiekunki do dzieci. Bilans tych wyliczeń nie pozostawiał cienia wątpliwości, że jej mąż w tym rankingu wypadał raczej blado, ale nigdy nie odważyła się mu o tym powiedzieć. Przez zwykły szacunek, którego wymagało ich wspólne małżeńskie życie.
- No niby tak – westchnęła w rozmowie z koleżanką. - Mężczyźni zapewne doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale na ogół nie przyjmują tego do wiadomości. W większości przypadków mogłoby się wtedy okazać, że określenie, że to oni są głową rodziny i panami tego świata, nijak nie przystoi do rzeczywistości.
Małgorzata nie zamierzała jednak dłużej poświęcać czasu od dawna nękającym ją przeświadczeniu co do tego, że na tym ziemskim padole kobiety więcej muszą pracować i dużo więcej znosić niedogodności. Teraz swoją pracą i kolejnym awansem mogła wreszcie, nie tylko zrealizować swoje marzenia, ale też wiele udowodnić sobie i innym, zwłaszcza Mikołajowi. I to był powód, z którego cieszyła się najbardziej, z szansy, którą dostała, a której nie zmarnowała.
Tego dnia wróciła do domu uszczęśliwiona. Kolejny awans koniecznie musiała uczcić. Pod nieobecność męża, który z pracy wracał nieco później, przygotowała wykwintną kolację z szampanem. Stawiając na stole ulubione potrawy Mikołaja, obmyślała sposób, w jaki mu to zakomunikuje. Miała w sobie teraz tyle zapału i energii. Z pozoru wydawać by się mogło, że niejako przeczy to jej metryce i, że raczej powinno być odwrotnie. Jednakże radość z tego, że coś się w życiu człowiekowi udaje, potrafi sprawić cuda. Tryskała wprost szczęściem i gdyby nie jej pięćdziesiąt parę lat, śmiało można by powiedzieć, że miała w sobie młodzieńczą werwą.
Niecodzienną radość Małgorzaty trochę zakłóciła świadomość, że wskazówki zegara spieszyły się niemiłosiernie, a oczekiwany mąż jakoś nie pojawiał się w domu. Martwić zaczęła ją też kolejny raz odgrzewana pieczeń. Kiedy się wreszcie zjawił, było już bardzo późno. W dodatku nie był w najlepszym humorze. Zauważyła to już od progu, gdy cisnął płaszczem w kąt przedpokoju, zamiast powiesić go na wieszaku.
- Co się stało? Zaczęłam się już denerwować. Długo cię nie było – zagadnęła.
- I co z tego? Myślałem, że ty dzisiaj też wrócisz później – odpowiedział niezbyt miło, co nieco ją zirytowało.
- Dlaczego miałabym wrócić później? – spytała zaskoczona. – Gdyby tak było, nie omieszkałabym cię  o tym uprzedzić.
Na wyjaśnienia ze strony męża nie musiała długo czekać.
- Ewka do mnie telefonowała – usłyszała na wstępie. - Powiedziała mi o twoim awansie. Sugerowała nawet, żebym ci kupił kwiaty z tej okazji.
Kolejny raz zrobiła zdziwioną minę. Nie przypominała sobie, by kogokolwiek o to prosiła, zwłaszcza Ewę. Wspomniała przed nią o niespodziance, jaką chciała zgotować mężowi. W tej sytuacji byłoby to zwykłą nielojalnością z jej strony, na którą dotąd raczej nie miała powodów narzekać. Gotowa była jednak wybaczyć jej dzisiaj niemal wszystko. Taki dzień jak ten nie zdarza się zbyt często, więc postanowiła go sobie nie psuć i nie przejmować się zbyt długim jęzorem koleżanki z pracy. Spojrzała tylko ukradkiem na nieco skwaszoną minę małżonka, sądząc, że jest ona wynikiem zapewne jakichś stresów w jego firmie. Nawet przemknęło jej przez myśl, żeby do niego podbiec i serdecznie przytulić. Być może w ten sposób byłaby w stanie jakoś poprawić mu humor, a jeśli nawet nie, to przynajmniej okazać mu swoje współczucie. Zawahała się jednak na moment. Skoro już wiedział o jej awansie, to czy nie powinien, jak sugerowała Ewka, stać teraz przed nią z wielkim bukietem kwiatów? Małgorzata nie dostrzegła jednak w jego ręku żadnych kwiatów, a tym bardziej zadowolenia na twarzy. Ostentacyjnie zdjął tylko buty i nie pytając o nic więcej, pomaszerował wprost do pokoju. Gdy tylko przekroczył jego próg, niemal natychmiast rozległo się głośne, pełne sarkazmu przekomarzanie
- O, widzę, że przyszedłem za wcześnie! Spodziewasz się gości? – spytał nieco ironicznie, zauważywszy odświętnie nakryty stół.
- No co ty? To dla nas przygotowałam kolację… Uznałam, że jest ku temu okazja.
- Niepotrzebnie, jadłem już na mieście – odburknął i zdejmując krawat, usiadł niedbale na kanapie, po czym uznał za stosowne zrelaksować się na dobre, kładąc się na niej na wznak.
- To zjemy trochę później. Może niedługo zgłodniejesz i…
Starała się być miła, choć przychodziło jej to z trudem. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Jego maniery czasem przedstawiały wiele do życzenia, ale na aż taką ignorancję z jego strony sobie nie zasłużyła.
- Sama zjedz. Nie będę jadł - usłyszała niemal w tej samej minucie.
- Czy coś się stało? Jesteś jakiś nie w sosie. Może źle się czujesz? – dopytywała się Małgorzata, czując instynktownie, że coś jest nie tak.
Nie dowiedziała się jednak niczego konkretnego. Na każde pytanie odburkiwał coś pod nosem, zwykle unikając sensownej odpowiedzi, albo kierując rozmowę na całkiem inne tory. Ostatecznie dał się uprosić i wypił lampkę szampana, ale to było wszystko, na co w tym dniu mogła liczyć. Nawet nie pogratulował jej awansu.
A potem był kolejny dzień i kolejny. Jeden podobny do drugiego. Ale wszystkie charakteryzował wymowny chłód, z jakim odnosił się do swojej żony. W końcu i jej z czasem się udzielił. Zaczęła odpłacać mu tym samym. Oboje późno wracali z pracy, a po powrocie prawie nie zauważali się nawzajem. Sprawiali wrażenie dwojga obcych sobie ludzi, którym z jakichś niezrozumiałych powodów przyszło mieszkać pod jednym dachem, pod którym to było na tyle sporo miejsca, że całymi tygodniami trudno było na siebie wpaść.
Małgorzata nie rozumiała zachowania męża i była na niego zła. On też się złościł, tyle że zły był z innego powodu. Skrzętnie jednak ukrywał powód swojego, takiego, a nie innego zachowania. Przez cały ten czas starał się traktować ją wyłącznie przedmiotowo. Jak coś, co było w tym mieszkaniu od zawsze i z konieczności musi w nim pozostać. Jak kupiony przed laty mebel, albo obraz zawieszony na ścianie, na który kiedyś wydał niemałe pieniądze. Tymczasem Małgorzata nie chcąc go urazić, ani tym bardziej dostarczyć mu powodów do złości, i co gorsza nagłego wybuchu awantury, od której, jak jej się wydawało, dzieliła ich tylko cienka niewidzialna nić, starała się schodzić mu z drogi. Nie było to rozsądne, bo w ten sposób mąż Małgorzaty utwierdzał się w przekonaniu, że nie pełni już w tej rodzinie pierwszoplanowej roli, a ona z każdym dniem nabierała coraz to większej pewności, że nic dla niego nie znaczy.
Nieroztropne zachowanie obojga zaowocowało w końcu tym, że coraz niechętnie wracali do swojego własnego domu. Zwłaszcza Małgorzata pracowała coraz więcej i coraz dłużej. Nie cieszył ją powrót do domu, w którym nie znajdowała zrozumienia, słów zachęty, współczucia, nie wspominając już o podziwie dla odnoszonych sukcesów, który słusznie jej się należał. Wobec męża nabierała coraz to większego dystansu. Odnosiła wrażenie, że stało się coś dziwnego. Przypominał jej teraz zaprogramowanego robota, którego nagle ktoś pozbawił wszelkich ludzkich uczuć. W dodatku stale był jakby nieobecny, myślami daleko stąd. Irytowało ją zachowanie Mikołaja, ale nie mogła nic zrobić.  Mogła tylko przyglądać mu się codziennie, jak wkłada na siebie ubranie, je, myje się, ogląda telewizor, czyta gazetę, kładzie się spać. I tak w koło Macieju. Nie zadała sobie jednak trudu, żeby  nawiązać z nim jakiś sensowny dialog, spróbować wyjaśnić parę spraw. Być może wiele by to zmieniło, ale skupiona na własnych odczuciach, rozżaleniu i rozczarowaniu, które skutecznie przesłoniło jej wszystko inne, nie próbowała nawet cokolwiek zrobić w tej sprawie. Jedyne nieodparte wyjaśnienie tej całej sytuacji, jakie podsuwały jej własne rozmyślania, sprowadzały się do odkrycia, że Mikołaj ma do niej jakiś ukryty żal. Swoją ignorancją, jakby chciał ją za coś ukarać. Wciąż tylko nie rozumiała, a może nie chciała zrozumieć, czemu to zawdzięcza. Czasem, w chwili gorszego samopoczucia, albo wtedy, kiedy nie mogła opędzić się przed natrętnymi myślami, żaliła się przed Ewką.
- Przecież staram się jak mogę. Odkąd pracuję, żyje nam się nieźle. Na wszystko teraz nas stać. Chcę mu pomóc w utrzymaniu domu. Dlaczego on tego nie rozumie? – pytała nieraz przyjaciółkę.
- Może jest zazdrosny o twoją pracę? O to, że zarabiasz więcej od niego? – sugerowała Ewka niemal od początku.
Małgorzata nie dopuszczała jednak do siebie takich myśli. Bywało, że zastanawiała się i nad taką ewentualnością, ale wydawało jej się to niedorzeczne.
- Daj spokój! Jak można być zazdrosnym o to, że żona przynosi do domu pieniądze? Powinien się z tego cieszyć, a nie odwrotnie. – Zdenerwowała się Małgorzata, kiedy przyjaciółka zdobyła się na odwagę nazwać jasno po imieniu to, czego za nic nie chciała przyjąć do wiadomości.
- Może i powinien, ale myślę, że jemu właśnie o to chodzi – obstawała przy swoim Ewa.
Argumenty przyjaciółki jednak do niej nie przemawiały. Przecież niczego im nie brakowało. Wreszcie osiągnęła pełnię szczęścia, a jej własny mąż zamiast cieszyć się razem z nią, był po prostu zły. To trochę tak, jakby był złościł się za to, że jej się poszczęściło.   
- Cieszyłam się zawsze każdym jego najmniejszym sukcesem. A on tak mi się odpłaca? - słowa Małgorzaty przepełniała gorycz.
- Na twoim miejscu porozmawiałabym z nim szczerze i powiedziała mu, co ci leży na sercu. To jedyne rozsądne wyjście. Nie możecie tkwić w tym w nieskończoność, bo tak nie rozwiążecie swoich problemów.
- Był taki czas, że próbowałam, ale z marszu zbył mnie. Odpuściłam więc, a kiedy ponownie chciałam do tego wrócić odpowiadał półsłówkami, zwykle w stylu: Nie teraz, nie mam czasu, wrócimy do tego kiedy indziej. No, a potem przeszła mi na to ochota.

Sytuacja Małgorzaty nie przedstawiała się różowo, a Ewa bynajmniej nie była w stanie lub być może nie chciała jej pomóc. Sama musiała rozwiązać swój problem, choć wydawało jej się, że wyczerpała już swoje możliwości. Nie mniej jednak, jak zasugerowała przyjaciółka, trzeba było próbować do skutku. A nuż kiedyś, w przypływie lepszego humoru mąż zechce jednak, nie tylko z nią porozmawiać, ale może spróbuje coś z tym zrobić i zmieni swoje zachowanie.
W końcu postanowiła spróbować kolejny raz. Niestety, trochę niefortunnie wybrała moment, bo Mikołaj tego dnia był podwójnie zły, a właściwie można powiedzieć wściekły, o czym niestety nie wiedziała. Zauważyła to dopiero, kiedy już padły pierwsze słowa, zwłaszcza te z ust Małgorzaty. Ofuknął ją, zanim na dobre wypowiedziała do końca pierwsze zdanie.
- Coś się stało? Zupełnie cię nie poznaję – dopytywała się Małgorzata, kiedy rozzłościł się z byle powodu. A takim powodem była filiżanka z kawą, którą postawił na stole, a która zostawiła na obrusie ślad po kawie. Zwykle mu to nie przeszkadzało. A potem upadająca łyżeczka na podłogę. Pod adresem nieszczęsnej łyżeczki poleciało tyle przekleństw, że omal nie zwiędły jej uszy. Dotąd tak się nie zachowywał. Trochę ją to przeraziło.
- Stało, nie stało – odburknął. – Też byś się wściekała.
- Ale, o co chodzi? – dopytywała się.
- W firmie będą zwolnienia. Jak myślisz, od kogo zaczną? – Wypalił prosto z mostu, kompletnie ignorując prośbę małżonki, by porozmawiać na wiadomy temat i wyjaśnić nieporozumienia.
- Nie wiem, ale ty pracujesz tam już tyle lat. Niewiele zostało ci do emerytury… - odparła.
- No właśnie! Ty też uważasz, że jestem już stary dziad i najlepiej byłoby, gdybym zszedł wreszcie z tego świata i zrobił miejsce innym?
- Co ty pleciesz? Wcale tak nie powiedziałam. Nie przyszłoby mi to nawet na myśl…
- Akurat! Wszyscy jesteście tacy sami! – grzmiał na żonę zupełnie bez powodu.
- Jeszcze nic nie jest przesądzone. Nie powinieneś martwić się na zapas. A gdyby nawet, to nie jesteśmy w najgorszej sytuacji. Bez problemu wyżyjemy z mojej pensji - próbowała go pocieszyć, tyle że mąż akurat całkiem opatcznie zrozumiał jej słowa.
Nieopatrzne napomknienie o swojej pensji, ugodziło go jeszcze bardziej. Męskie ego, które teraz odezwało się ze zdwojoną siłą, wydawać by się mogło, niemal rozpętało burzę.
- Twojej! Twojej! Stale tylko ta twoja praca i twoja pensja! – ciskał się, choć Małgorzata pierwszy raz o tym wspomniała.
- Myślisz, że ja nie wiem, dlaczego tak szybko awansowałaś? A co? Może nie przespałaś się ze swoim szefem? Żadna kobieta tak szybko nie awansuje! Zwłaszcza w twoim wieku! Już ja wiem, jak kobiety to załatwiają! – Krzyczał donośnym głosem, posądzając ją o najgorsze rzeczy, czego kompletnie się nie spodziewała.
Przez myśl jej nie przeszło, że może w ogóle tak myśleć, a co gorsza stawiać bezpodstawne zarzuty. Zrobiło jej się niewymownie przykro. Wieczorem wylała w poduszkę morze łez, w którym chciała utopić swój żal, ale to nie ukoiło nerwów, choć zwykle w jakimś tam stopniu rozładowywało stres. Teraz tylko go spotęgowało. Po awanturze, która wreszcie uzewnętrzniła to, co od dawna leżało mu na sercu, była już niemal pewna, że zmianę w zachowaniu męża należy przypisać wyłącznie zazdrości, która nim powodowała. Miała jasność, że nijak nie potrafił pogodzić się z tym, że to nie jemu, a właśnie jej lepiej się wiedzie w pracy zawodowej. Nadal jednak nie mogła tego pojąć. Zazdrościł jej kolejnych sukcesów i awansów, zupełnie, jakby te rzeczy były zarezerwowane wyłącznie dla niego. W dodatku nie zrobiła przecież niczego złego. Nic, o co ją podejrzewał. Na wszystko zapracowała sobie wyłącznie swoimi rękami i wysiłkiem umysłu. Mogła pogodzić się na dobrą sprawę z tym, że nie doczeka się słowa uznania z jego strony, ale za nic nie mogła pozwolić sobie na tak okrutne posądzenia.

Mijały kolejne tygodnie i miesiące. Ostatecznie Mikołaj nie utracił swojego zajęcia. Małgorzata nadal cieszyła się uznaniem w pracy i święciła kolejne sukcesy. Nie zamierzała z niczego rezygnować, tylko dlatego, żeby jej zazdrosny mąż mógł spać spokojnie. Uważała, że skoro jest zazdrosny, to jego problem i powinien coś z tym zrobić. Niestety, jego chorobliwa zazdrość o sukcesy żony zaczęła przybierać na sile. Na tyle mocno, że wyzwoliła w nim uczucie zemsty za to, że to ona teraz okazała się lepsza od niego i zarabiała więcej pieniędzy. Małgorzata długo nie wiedziała, co się święci. Aż nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy po nitce do kłębka dotarła do czegoś, co zmieniło jej życie w koszmar.
Któregoś dnia nieoczekiwanie szef firmy, w której pracowała, wezwał ją do siebie.
- Moja droga, mam dla ciebie pewną propozycję – oznajmił Małgorzacie. – Muszę wyjechać z kraju na jakiś czas. Moje zdrowie wymaga podreperowania. Zresztą, nie będę owijał w bawełnę – zdecydował się powiedzieć jej wszystko wprost. - Będę miał operację za granicą. To nie jest jakaś bardzo poważna choroba, ale wiesz, tam mają lepszy sprzęt i opieka medyczna nie umywa się do naszej – tłumaczył. – Jestem bardzo zadowolony z twojej pracy i chciałbym, żebyś na ten czas mnie zastąpiła. Potraktuj to jako awans. Jeśli poradzisz sobie jak trzeba, obiecuję ci na stałe etat mojego zastępcy. Wybrałem właśnie ciebie, głównie ze względu na twoje umiejętności, ale nie ukrywam, że twój wiek też nie jest tu bez znaczenia. Co prawda kobietom nie liczy się lat i proszę cię, nie gniewaj się za to na mnie. Chcę jedynie dać ci do zrozumienia, że z kimś młodszym to całe niesforne towarzystwo nie będzie się liczyć. A zauważyłem, że przed tobą wszyscy w firmie mają respekt – przedstawił jej wszystko na tyle jasno, że nie mogło być cienia wątpliwości.
Miała jasność, znów awansowała. Niemal w tym samym momencie przyszło jej na myśl, że to będzie kolejny gwóźdź do trumny w jej stosunkach z mężem. W tej sytuacji zdecydowała się nic mu o tym nie mówić, przynajmniej nie od razu. Niestety, nie wiedziała, że on i tak był zawsze na bieżąco. Nie wiedziała też, kto jest jego wiernym informatorem, aż do czasu, kiedy pewnego dnia zdążając na pocztę, zupełnie przypadkowo zobaczyła na mieście Mikołaja razem z Ewką.
Postanowiła dyskretnie pójść za nimi. I wtedy odkryła coś, co wstrząsnęło nią do głębi. Mikołaj i Ewka mieli romans. Przyuważyła, jak znikli za drzwiami jednego z hoteli, a potem opuścili go po dwóch godzinach.  Wróciła do pracy i choć jej serce przepełnione było bólem, postanowiła nie zdradzać się od razu ze swoim odkryciem. Nie wytrzymała jednak długo. Następnego dnia spytała o to Ewkę wprost.
- Mówiłaś, że nie interesują cię łysi i otyli mężczyźni w wieku twojego ojca?
- Bo nie interesują – odparła Ewka nie rozumiejąc, do czego zmierza.
- Poza moim mężem?
- Twój mąż tym bardziej mnie nie interesuje – skłamała.
- Widziałam was wczoraj przed hotelem. I nie mów mi, że byliście na kawie w hotelowej restauracji, bo was tam nie było. Sprawdziłam. Pokój numer 12, tak? – wypaliła nie oszczędzając jej.
Ewka z trudem przełknęła ślinę w gardle i popatrzyła na nią osłupiałymi ze zdziwienia oczami. Ale nie zamierzała się przed nią kajać. Przeciwnie, jej buńczuczna postawa zadziwiła Małgorzatę.
- Przecież i tak nie masz dla niego czasu. Dla ciebie liczy się tylko praca i kolejne awanse – odparła drwiąc z niej.
- Wiesz, że to nieprawda! A gdyby nawet, to musiałaś dobrać się akurat do mojego męża? Młodszych i przystojniejszych nie ma? A może na ciebie nie lecą?
- Daj spokój! Zrobiłam to wyłącznie ze złości na ciebie! – Ewka zaczęła coraz bardziej podnosić głos. - A co ty myślisz, że tylko ty dobrze pracujesz w tej firmie? Tylko tobie należą się stale podwyżki i awanse? – złościła się Ewa.
Małgorzata słuchała jej w kompletnym zaskoczeniu. Nie dowierzała, że jej przyjaciółka mówi prawdę. Oznaczałoby to tylko jedno. Ona, podobnie jak jej mąż, też była zazdrosna o jej sukcesy w firmie. Tylko, dlaczego zabrała jej męża? Prościej było przecież podłożyć jej nogę w pracy. Nie przeczuwała jeszcze wtedy, że i o tym pomyślała. Małgorzata długo była nieświadoma, zanim odkryła, że oboje połączyli swoje siły. Tak naprawdę zrobili to wyłącznie z chęci zemsty na niej.
- I co, zwolnisz mnie teraz z pracy? – spytała kolejnego dnia Ewka, kiedy tylko Małgorzata przekroczyła próg biura.
- Nie ja jestem tu szefem, tylko go zastępuję. Nikogo nie będę zwalniać. Wróci Antoni, to sam zdecyduje. Oceni twoją pracę i twoje morale. Dowiesz się wtedy, ile jesteś warta - odparła szczerze Małgorzata. - Jeszcze tylko miesiąc został do jego powrotu – dodała.
Okazało się jednak, że miesiąc nagle skrócił się do dwóch dni. Jakież było zdziwienie, kiedy po dwóch dniach od rozmowy z Ewką, w drzwiach gabinetu ujrzała Antoniego.
- Już wróciłeś? A to niespodzianka! Cieszę się. Wydobrzałeś już? – Zasypywała go pytaniami na przywitanie, zaskoczona, podobnie jak cała reszta personelu.
- Jeszcze nie, ale doszły do mnie niepokojące wieści i postanowiłem skrócić swój pobyt za granicą.
- Jakie wieści? – dziwiła się Małgorzata.
- No, nie udawaj. Chodzi mi o twój proces w sądzie.
- Jaki proces? – wciąż nie mogła się nadziwić.
- Jak to? To ty jeszcze nic nie wiesz? Nie wiesz, że pracownicy firmy złożyli na ciebie skargę?
- Nie… - Małgorzata nie mogła przyjść do siebie po usłyszanej rewelacji.
- Skargę o mobbing, jakiego dopuszczasz się w firmie i działanie na szkodę firmy. Podobno zrezygnowałaś ostatnio z dwóch intratnych zleceń?
- Z niczego nie zrezygnowałam. Oni sami zrezygnowali… To znaczy wycofali się…
- Sprawdziłem to. Potwierdzili mi, że telefonowałaś do nich, informując ich, że nasza firma nie jest w stanie przyjąć tego zlecenia.
- To nieprawda!
- Ktoś jednak do nich zadzwonił – Antoni był oburzony.
- Ale nie ja! Uwierz mi! – niemal błagała.
Małgorzata bez trudu domyśliła się, kto za tym wszystkim stał. Jednak Antoni nie dał wiary jej tłumaczeniom. Widać Ewka była bardziej przekonywująca.
W kilka dni straciła jego zaufanie, intratną pracę i możliwość jakiejkolwiek perspektywy na przyszłość. Przyjaciele się od niej odwrócili. Nie dali wiary Małgorzacie, usiłującej oczyścić się od pomówień. Jej szybkie awanse były im solą w oku. Podejrzewali, że coś za tym musi się kryć. Że nie zawdzięcza je wyłącznie swoim zdolnościom i morderczej pracy. Zwykła ludzka zazdrość zataczała wokół niej coraz to większy krąg.
Nie potrafiła wybaczyć zdrady ani mężowi, ani Ewce, zwłaszcza, kiedy dowiedziała się, że to Mikołaj wpadł na pomysł z rzekomym mobbingiem i oddaniem sprawy do sądu. Zwyczajnie chciał jej dokopać. I udało mu się. A teraz nie miała pracy, a i dach nad głową też był niepewny. Wkrótce mogła i jego stracić. Jak nigdy dotąd mąż znów dawał jej do zrozumienia, że jest nikim, przez co sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Bała się, że posunie się o wiele dalej i z czasem pokaże jej drzwi. Zdesperowana, nie czekając aż to nastąpi, sama postanowiła odejść. Któregoś dnia zabrała małą, czarną torebkę, dokumenty i trochę pieniędzy, które jeszcze dawniej schowała na czarną godzinę i postanowiła opuścić wspólny dom. Dom, w którym razem z mężem przeżyli tyle lat i wychowali dzieci. Włożyła na siebie ciepły płaszcz i buty, i nie oglądając się za siebie, bez słowa wyjaśnienia złapała za klamkę w drzwiach.
- Dokąd się wybierasz? – Spytał Mikołaj, który wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem, pierwszy raz od wielu dni odezwał się do niej. Dotąd milczał jak zaklęty, przepojony nienawiścią do własnej żony.
Na chwilę przystanęła w na wpół otwartych drzwiach.
- Jeszcze nie wiem – odparła przybita do granic możliwości.
Jej smutek na twarzy był przerażający, podobnie jak to, czym niedawno uraczył ją własny mąż.
- Nie zabierasz bagaży? – pytał ironicznie.
- Tam, gdzie idę, nie będą mi potrzebne – odparła bez cienia wątpliwości.
- Pewnie! Wystarczy, że sczyściłaś nasze konto. Kupisz sobie nowe rzeczy.
- Nie wzięłam ani grosza. Udław się swoimi pieniędzmi! Swoją dumą i swoją chorą zazdrością też! – wykrzyczała mu na pożegnanie.
Po czym zamknęła za sobą drzwi. Szła wolno, nie zauważając niczego po drodze. Choć wiele w życiu przeszła, wciąż nie mogła nadziwić się, do czego potrafi pchnąć ludzi zwykła ludzka zazdrość.

Po kilku miesiącach przysłała mu widokówkę z krótką notką:
„Mieszkam pod mostem wśród bezdomnych, czasem na dworcach albo w parku. Nie jest to szczyt moich marzeń, ale panuje tu szczególna solidarność. Tu nikt nikomu niczego nie zazdrości, bo nie ma czego zazdrościć. Ale przynajmniej na nich zawsze mogę liczyć. Ty udowodniłeś mi, że na ciebie nie mogę. Nie szukaj mnie. I tak nie jesteś w stanie przeszukać wszystkich mostów i dworców w kraju. Zresztą, po co? A poza tym wcale się tego nie spodziewam. Tu mi jest lepiej niż jeszcze niedawno było z tobą”.  Małgorzata







środa, 16 sierpnia 2017

Opowiadania "Osiem grzechów głównych" - 1. Chciwość

Zdecydowałam się opublikować na swoim blogu zbiór opowiadań zatytułowany  „Osiem grzechów głównych”. Opowiadania napisane zostały przeze mnie kilka lat temu, jednakże nic nie straciły na aktualności. Jak do tej pory nie znalazł się wydawca, który skłonny byłby wydać je drukiem. Postanowiłam jednak nie chować ich dłużej w plikach w komputerze. Dlatego udostępniam je dzisiaj Państwu i poddaję pod ocenę.
Opowiadań jest osiem. Dlaczego akurat tyle, a nie siedem,  tak jak siedem grzechów głównych, dowiedzą się Państwo w ostatnim opowiadaniu. Będę je publikowała dwa razy w tygodniu, zwykle w środy i w niedziele.
Życzę przyjemnej lektury.

A oto pierwsze opowiadanie


1. CHCIWOŚĆ
Nie zabiorę tego na tamten świat

            Spoza sklepowego wózka na kółkach prawie nie było widać małego Adasia. Zaledwie kilka tygodni temu rozpoczął swoją edukację w wiejskiej podstawówce. Był mały i w porównaniu do swoich rówieśników, wątły i słaby. Za nic jednak nie chciał być od nich gorszy. Ani w nauce, ani w innych sprawach. Zwłaszcza w tych innych sprawach. Dokładniej mówiąc, odkąd tylko zaczynał cokolwiek z tego świata rozumieć, od razu zauważył, że wokół pełno jest różnych przedmiotów. Jedne swoim wyglądem przykuwały jego wzrok, inne nie. Ale ogólnie rzecz ujmując, tych pierwszych było aż nadto, żeby pozostałymi zawracać sobie głowę.
W miarę jak przybywało małemu Adasiowi miesięcy, a potem lat, stopniowo poszerzał się jego horyzont myślowy, na który niemały wpływ miały właśnie owe dobra materialne. To za ich sprawą w małym Adasiu budziły się coraz to nowe uczucia i doznania.
Jednym z nich była chęć posiadania, właściwie wszystkiego, co było w zasięgu jego ręki.
Toteż, kiedy nauczył się wymawiać dwa podstawowe słowa, mama i tata, przyszła kolej na trzecie, równie ważne, niemal magiczne słowo „daj!”. Bez dwóch zdań jest to jedno z podstawowych słów, które poznaje dziecko po przyjściu na świat. Potem stopniowane i odmieniane na różne sposoby. Ale bynajmniej nie gramatyka interesowała małego Adasia, tylko zgoła coś zupełnie innego. W swojej małej główce niemal od razu dokonał przełomowego odkrycia, że następstwem słowa „daj” jest pewnego rodzaju skutek działania, który określa się innym słowem, „mam” lub „mieć”.
Te z pozoru proste i nieskomplikowane dwa słówka mają niebywałą moc. To słowa klucze. Otwierają one wszystkie drzwi. Zarówno te do świata materialnego, jak i uczuciowego.
Nie trudno zauważyć, że te miłe doznania pojawiają się niemal zaraz po naszych narodzinach i najwidoczniej wpisane są w egzystencję człowieka. Tak samo jak miłość, wiara, czy choćby śmierć. To nic innego, jak Chęć Posiadania. Błogie uczucie przez każdego odczuwane inaczej.
U jednych ludzi chęć posiadania sprowadza się do niewielu przedmiotów i osób. U innych wręcz przeciwnie. Jednym wystarcza mama, tata i brat, albo żona i dzieci, a inni zadowolą się dopiero, gdy miejsce żony wypełnią haremem z kobietami, albo zamiast mamy i taty posiądą kilku niewolników. I nie ma tu znaczenia, czy owymi niewolnikami będą najbliżsi, rodzina, bądź przyjaciele bezwzględnie mu podporządkowani, czy też pracownicy w firmie, koledzy z pracy, którzy zwykle muszą  wyręczać go w wielu sprawach, itd. Chęć posiadania ma różne oblicza. Dla przykładu, jednym osobom do poruszania się po drogach wystarcza stosunkowo niedroga skoda, bądź coś taniego, już używanego. Innym natomiast najnowszy model maybacha. A jeszcze ktoś inny nie spocznie, dopóki nie usiądzie za sterami prywatnego samolotu.
Nikt chyba nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, gdzie przebiega granica pomiędzy rzeczywistą potrzebą, uwarunkowaną normalnym funkcjonowaniem człowieka we współczesnym świecie, a zwyczajną chciwością.
Z całą pewnością nie wiedział tego mały Adaś, jego rodzice i siostra. Teraz pchał przed sobą wielki sklepowy wózek wyładowany po brzegi zakupami, usiłując nie dopuścić do niego kogokolwiek. Był dumny z tego, że rodzice pozwolili mu go prowadzić, choć zapewne zrobili to w akcie desperacji, bowiem mały Adaś swoim uporem i krzykami potrafił wszystko wymusić. Ich obawy, czy oby synkowi manewrowanie wielkim wózkiem pomiędzy sklepowymi regałami wyjdzie na zdrowie, były jak najbardziej słuszne. Już po kilku minutach nieźle zmordowany najechał nieopatrznie na ekspedientkę układającą towary na półkach. Kobieta nie omieszkała przy tej okazji wszcząć wielkiego larma, podobnie jak spotkany na jego drodze starszy pan, którego niemal staranował. Rodzice Adasia pośpiesznie zażegnywali konflikt, po czym napominając syna, żeby starał się być bardziej uważnym, ruszali wspólnie w dalszą drogę po wielkim hipermarkecie, manewrując pośród rozlicznych i wydawać by się mogło niekończących się alejek z półkami załadowanymi po brzegi towarami.  Spocony Adaś, co kilka kroków przystawał przed jedną z nich, próbując wymusić na rodzicach kupno kolejnej rzeczy, którą akurat sobie upatrzył.
- O! Taki sam bloczek z kolorowymi karteczkami, jaki ma Wojtek – zauważył. – Mamo, proszę, kup mi taki bloczek – błagał swoim dziecinnym głosem.
- Adasiu, po co ci to? – dziwiła się matka. – W domu jest tyle różnych kartek do pisania.
- Ale nie ma takich samych – oburzał się synek. – Nie ma kolorowych!
- Też są kolorowe, tylko trochę inne – usiłowała wybronić się przed kolejnym, niepotrzebnym zakupem syna.
Adaś jednak nie dawał za wygraną. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia. Swoje niezadowolenie wyrażał głośnym krzykiem i tupaniem w betonową posadzkę hipermarketu, albo uderzaniem pięścią w półki, co powodowało powszechną uwagę innych klientów. Matka ustępowała mu za każdym razem, tłumacząc się, że to dla świętego spokoju. Niestety, święty spokój mieli jedynie zaledwie przez kilka następnych minut, w ciągu których względnie spokojnie mogli dokonywać swoich dalszych zakupów, dopóki Adaś znów czegoś sobie nie ubzdurał.
W odróżnieniu od niego, czemu zresztą nie należało się dziwić, ojciec Adasia z reguły przystawał przed sprzętem elektronicznym, wypytując zawzięcie obsługę stoiska o parametry interesujących go telewizorów, komputerów i telefonów komórkowych. Nagle dojrzał wśród nich znajomy mu wyglądem sprzęt.
- Taki sam jak ma Krzysiek! Plasma 59 cali! Jest super! – Zachwycał się, wskazując na najnowszy model telewizora. – Muszę go mieć. Brakuje mi jeszcze ze dwie stówki, no, może trzy. I będzie mój! – Cieszył się jak dziecko na myśl, że nie będzie gorszy od Krzyśka. Pod tym względem niewiele różnił się od swojego synka.
Magiczne słowo „mieć” miało niezwykłą moc, a w takich momentach jak te, ze zdwojoną siłą dawało o sobie znać.
Żona Mariana zaledwie zerknęła w stronę, gdzie wystawione były najnowsze modele elektronicznych cacek. Dla niej, podobnie jak dla większości kobiet, wszystkie były niemal takie same i nijak nie mogła zrozumieć, czym zachwyca się mąż. W dodatku słono kosztowały. Wydawanie fortuny na jeszcze jedno pudło, jak mawiała, to wyrzucanie pieniędzy w błoto.
- Nie rozumiem, po co ci kolejny? Przecież niedawno kupiliśmy całkiem dobry sprzęt – dziwiła się z wyrazem dezaprobaty w oczach.
Marian w takich sytuacjach irytował się niebywale, niejako przy okazji  przypominając żonie, iż nie nadąża za rozwojem technologii, przez co nie jest w stanie iść z duchem czasu. Ale nie tylko to miał na uwadze.
- Jak ty, kobieto, nic nie rozumiesz – denerwował się, kiedy ktoś usiłował mu coś odradzić. – Ja mam być gorszy od Krzyśka?! Ja?! A czy ja mu od tyłka odpadłem?! – argumentował w niewyszukany sposób.
Mimo protestów żony, postanowił, że i tak go kupi, tyle że w przyszłym tygodniu. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.
- Przyjdą do nas na imieniny, to się zdziwią! – mamrotał pod nosem.
- Musimy jeszcze kupić ziemniaki, wędlinę i mięso – wyliczała Magdalena, usiłując odwieść go od tego pomysłu i swoje kroki skierować w inne miejsce. Nie od razu jej się to udało. Długo marudził, zanim wreszcie niezadowolony ruszył za nią w stronę stoisk z żywnością. Tymczasem mały Adaś nadal dzielnie pchał wielki wózek na kółkach, oglądając się stale za ojcem. Bał się stracić go z oczu. Po kilku minutach rodzice zorientowali się, że nie ma Kaśki, ich córki, która wiernie towarzyszyła im w zakupach. Teraz zwyczajnie gdzieś się zawieruszyła. Niesforna nastolatka w wielkim markecie czuła się jak ryba w wodzie lawirując między poszczególnymi półkami i ani przez moment nie pomyślała, że ktokolwiek mógłby jej szukać.
- Jak ją znam, to należy jej szukać przy ciuchach – stwierdził krótko ojciec i ruszył w tamtym kierunku.
Idąc tym tropem, już niebawem w jednej z alejek zauważyli ukochaną córeczkę. Na ich widok zerwała się jak przestraszona wiewiórka na widok kota. Tyle że zamiast orzecha w łapkach, w swoich rękach trzymała całkiem pokaźny plik bluzek i podbiegając do rodziców pokrzykiwała:
- Mamuś! Jakie super! Zobacz tylko, i wcale nie takie drogie – chwaliła się swoją zdobyczą.
- Dziecko kochane, przecież w domu masz już chyba z pięć tuzinów podobnych bluzek. Ja już nie odróżniam jednej od drugiej – zirytowała się matka.
- Ty nie musisz! Ważne, że ja wiem, która jest która. Te są naprawdę trendy! Koleżanki pękną z zazdrości. O, i mają takie fajne wycięcia – piszczała z zachwytu, pakując je do wózka, kompletnie nie zwracając uwagi na niezadowolenie matki.
- No, to chodźmy po te ziemniaki i mięso – zasugerowała zrezygnowana Magdalena. – Robi się późno.
Chwilę później sklepowy wózek uginał się pod ich ciężarem.
- Po co nam tyle ziemniaków? – zauważył Marian. – Cały worek? Potem połowę z tego trzeba wyrzucić, bo zgniją. A mięsa? Po co aż tyle? Przecież nie zmieści się wszystko w zamrażalniku.
- Oj! Nie marudź. Część upchnę w naszej lodówce, a co się nie zmieści, to… zastanowiła się przez chwilę. - Może u twojej mamy znajdzie się miejsce w lodówce - odparła Magda.
- A te tony kiełbasy? – zaczęły nachodzić go kolejne wątpliwości. – Potem całymi tygodniami leżą w lodówce i nikt nie ma na nie ochoty. Tak długo, aż spleśnieją.
- A tam, zaraz spleśnieją. Wykorzystam je do zupy – broniła się przed uwagami męża.
Gdy zakupy dobiegły już końca, wszyscy posłusznie ustawili się w kolejce do kasy, dosłownie objuczeni najrozmaitszymi pakunkami.
- Znowu mi porządnie wyczyściło kieszeń – zauważył Marian, kiedy przy kasie chował portfel do kieszeni, używając zwyczajowo swoich kolokwialnych określeń. – I pomyśleć, że to wystarczy tylko na tydzień.
Niezadowolony, głośno robił uwagi na temat ilości zakupionych towarów i ich cen.
- Niejednej rodzinie musiałoby to wystarczyć na cały miesiąc, albo i więcej – dodawał komentując ilość wydanych pieniędzy.
- Ty się nie przejmuj innymi, tylko myśl o swojej rodzinie – upomniała go żona. – Zbliża się zima. Adaś potrzebuje nowych butów, Kaśka też, a ja nie będę trzeci rok z rzędu chodzić w tej samej kurtce. W tym roku muszę mieć nową. Tobie też by się przydała.
- Moja jest jeszcze całkiem dobra.
- Jasne! Jest dobra! Krzysiek ma cztery kurtki zimowe i dwie jesienne, a ty tylko po jednej.
Magdalena nie skończyła swojego wyliczania na kurtkach. W zanadrzu miała całkiem sporą listę, na której jej zdaniem były najpotrzebniejsze rzeczy. O tych mniej ważnych na razie nie wspomniała. Nie chciała drażnić zbytnio męża, ale wiedziała, że i tak w końcu dopnie swego.
Tymczasem Marian podjechawszy wózkiem pod swój samochód, usiłował zakupione towary zmieścić w bagażniku i częściowo na tylnych siedzeniach, gdzie już wcześniej usadowiły się dzieci.
- Przesuńcie się trochę. Muszę to dać gdzieś do tyłu.
- Położymy koło tylnej szyby – sugerował Adaś.
- Nie, nie! Nie będę widział podczas jazdy, co się dzieje w tyle za mną.
- Przecież masz boczne lusterko… - podpowiadała mu Kasia.
- To za mało. Muszę mieć dobry widok na tył.
Z konieczności pakunki powędrowały na kolana Kaśki i Adasia, a także Magdaleny, czesiowo również pod jej nogi.
- Koniecznie musisz kupić bagażnik, taki na dach. Nie możemy jeździć z tym wszystkim upchnięci jak śledzie. – Zirytowała się Magda, kiedy pomidory, które trzymała na swoich kolanach w reklamówce, najwidoczniej niezbyt szczelnej, pobrudziły jej spódnicę.
Wreszcie samochód ruszył z miejsca, ale nie był to koniec utyskiwań żony i dzieciaków. Niemal na każdym zakręcie część pakunków zmieniała miejsce swego położenia, denerwując tym pasażerów granatowego passata.
- Muszę zmienić to cholerne auto. Jest już dla nas za ciasne. Co byś powiedziała na to, gdybyśmy kupili coś większego? – dopytywał się Marian.
- Za co? Przecież nie mamy pieniędzy.
- Pożyczymy trochę od ojca, a resztę wyciśniemy z twojego brata – oznajmił krótko, acz zdecydowanie.
- Jak to, od brata? Przecież oni nie mają pieniędzy. W dodatku Baśka niedawno straciła pracę…
- A co mnie to obchodzi! Są ci winni spłatę z rodzinnego domu? Są! No, to niech oddadzą, co nasze!
- Ale przecież ja nie potrzebuję tej spłaty. Będą się opiekowali rodzicami na starość, to niech mają za to dom…
- Ty może nie potrzebujesz od nich niczego, ale ja tak – przerwał jej w pół zdania. - W końcu moi rodzice dali mi działkę, a twoi? Nic. No, co? Może zaprzeczysz?
Magda nic nie odpowiedziała. Marian miał rację, ale nie do końca. To prawda, że niczego od nich nie dostała, ale też niczego nie chciała. Niewielki dom rodzinny, w którym kiedyś mieszkała, teraz zajmował brat z rodziną. Mieli cichą umowę, że to na nim spocznie opieka nad rodzicami na starość. W zamian za to, że Magda nie będzie mogła dojeżdżać i im w tym pomagać, ustalili kiedyś, że zrezygnuje ze swoich roszczeń do ewentualnego spadku.
A teraz chciwość męża zaczynała zataczać coraz większe granice. Zamierzał ingerować w ten niepisany układ, usiłując zdobyć dla siebie jak najwięcej kasy. Nie spodobało się to Magdzie. Niewiele jednak mogła na to poradzić. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jak Marian się na coś uprze, to nie spocznie. Zepsuło jej to humor na dłuższy czas. Przez całą powrotną drogę prawie się nie odzywała. Dopiero, kiedy kilkaset metrów od domu przyuważyła sąsiadkę wracającą ze sklepu z zakupami, z konieczności przestała o tym myśleć.
Marian z grzeczności zatrzymał się, proponując jej podwiezienie. Jakim cudem udało się upchnąć w załadowanym po brzegi samochodzie jeszcze sąsiadkę, pozostanie tajemnicą. Fakt, że się udało. Zanim jednak dotarli do domu, jeszcze raz zatrzymali się na drodze. Magda spostrzegła właśnie listonosza, który jechał na rowerze w przeciwnym kierunku, a ten zauważywszy ich samochód, pomachał do nich ręką. Mąż zahamował z piskiem opon.
- Przepraszam, że tak na drodze, ale byłem u państwa i jak to się mówi, pocałowałem klamkę – tłumaczył się listonosz.
- Byliśmy na zakupach, panie Macieju. Pewnie ma pan dla mnie rentę? – spytała Magda.
- Ano mam, mam. Proszę tu podpisać. – Podsunął jej do podpisu pokwitowanie, a potem odliczył pieniążki.
- Dziękuję panu bardzo. Do widzenia, panie Macieju!
- Do widzenia – usłyszeli i tyle go było widać. Odjechał szybko na swoim rowerze.
Mąż Magdy ruszył ponownie, przyciskając na gaz. Od domu dzielił ich zaledwie kawałek drogi, ale w tym ścisku mały Adaś zaczynał już coraz bardziej marudzić.
Na dodatek odezwała się sąsiadka.
- Co to za pieniądze? – dziwiła się, drwiąc z renty Magdy.
Słyszała jak wcześniej listonosz przeliczał każdy grosz.
– Sześćset czterdzieści złotych? – nie mogła się nadziwić.
- No tak, pani Mario. Nie inaczej. Taka jałmużna, że aż się chce płakać. Gdyby mąż nie pracował, nie wiem, jakbyśmy żyli. W dodatku, w te sześćset czterdzieści złotych wchodzi zasiłek rodzinny na Adasia, bo na Kasię już nie dostaliśmy. W szkole dostała stypendium i…
Magda nie dokończyła zdania, bo nagle pani Maria oburzyła się sromotnie.
- Jak to zasiłek rodzinny? To pani dostała zasiłek, a ja nie?! – niemal krzyczała. – Nam średnia przekroczyła zaledwie o dziesięć złotych i już się nam nie należał! Jakim prawem pani dostała?! – darła się wniebogłosy, ku zdziwieniu wszystkich.
- Droga pani – zaczęła Magda delikatnie - dostałam, bo w zeszłym roku mąż pracował tylko kilka miesięcy na budowie, a potem był bez pracy. No i średnia wyszła nam niska…
- Ale, jakim prawem?! Przecież wam się źle nie powodzi. Macie dom, to jakoś żyjecie.
- Pani też ma dom i w dodatku oboje państwo pracujecie. Mają państwo jedno dziecko, a ja mam tylko niską rentę, najniższą… - próbowała się bronić.
Na próżno. Pani Maria wcale nie słuchała argumentów Magdy. Uważała, że jest to jawna niesprawiedliwość, żeby jednym dawali zasiłek, a innym nie. Krzyczała i krzyczała bez końca. Mąż Magdy patrzył na nią z przerażeniem.
- Dużo nie brakowało, a zaczęłaby toczyć pianę z ust. -  Zdenerwował się na dobre, kiedy po drodze wysiadła przed domem i zamiast słowa „dziękuję za podwiezienie”, z impetem trzasnęła drzwiami od samochodu.
- Co za wredna kobieta – zauważyła Kaśka. – I o co ona się tak wykłócała? O te czterdzieści parę złotych? – nie mogła zrozumieć. – Przecież to są gówniane pieniądze!
- Kaśka! Wyrażaj się normalnie! – upomniała ją mama.
- Nie mogę, mamo. Pół roku temu kupili nowiutkie Audii i ona śmie się jeszcze upominać o zasiłek. Skąd oni w ogóle mają tyle pieniędzy? To niepojęte! – nie mogła się nadziwić.
- Co jest niepojęte? To proste. Mąż pani Marii ma własną firmę, a że wykazuje tylko część dochodów, a reszty nie, no to jest jak jest – oświecił córkę ojciec.
- Nic z tego nie rozumiem. To jakaś paranoja! I ona nam zawiści tych czterdziestu paru złotych? Zazdrosna i zarazem chciwa kobieta! – Kaśka nie dawała za wygraną.
- No tak, córeczko, no tak. Ludzie już tacy są. Wszystko jest w porządku, ale tylko dopóty, dopóki ktoś inny ma mniej od ciebie. A jeśli ma złotówkę więcej, to już jest źle - tłumaczyła powoli wysiadając z samochodu, gdy w końcu dojechali do celu.
- I też chce zaraz zdobyć tę złotówkę? – zapytał Adaś, rozumując po swojemu.
- Potem będziecie sobie snuli rozważania na mądre tematy, ale teraz się pośpieszcie!
No, Kaśka, na co czekasz, wnoś zakupy do domu! Adasiu, ty też pomóż mamie. Kobiety nie powinny tak ciężko dźwigać – napominał syna tato. – Szybciej, szybciej!
- Pali się, czy co? Przecież mamy mnóstwo czasu. Zaraz zrobię kawę i usiądziemy sobie spokojnie przed telewizorem – powiedziała Magdalena, parając się z wyładowywaniem toreb z bagażnika.
- Kto ma czas, ten ma czas, ale ja spieszę się do pracy. Obiecałem szefowi, że przyjdę po południu i zrobię jeszcze to i tamto.
- Jak to? O tej porze? – zdziwiła się Magda.
- Każda pora jest dobra na zarobienie trochę grosza. A skąd mam brać pieniądze na te wasze zakupy? – Spytał, wskazując na liczne kartony i reklamówki stojące koło samochodu i wewnątrz bagażnika.
- Marian, daj spokój! Ostatnio coraz więcej pracujesz. Wpadasz na godzinkę, dwie, i znowu cię nie ma. Zjadasz szybko obiad i pędzisz do tej swojej pracy – mówiła z wyrzutem w głosie żona.
- To się nazywa pracoholizm – odezwała się niespodziewanie Kaśka.
W tym roku kończyła liceum i powoli wkraczała w dorosły wiek. Przed nią jeszcze studia, a potem już tylko szare, normalne życie. Żeby nie było pospolite i szare, potrzebowała dobrych wzorców, by móc brać przykład z tych, którym się w życiu udało i są szczęśliwi. Wokół siebie miała rodziców, którzy, choć kochali swoje dzieci najbardziej jak umieli, nie byli w stanie poświęcić im zbyt wiele czasu i nie zawsze umieli służyć dobrym przykładem. Matka stale zajęta przygotowywaniem coraz to wykwintniejszych posiłków, praniem, prasowaniem i utrzymaniem w czystości domu o kilku pokojach, przyjmowaniem gości oraz pielęgnacją ogródka, wieczorem padała z nóg, nie mając już siły na nic więcej. Ojciec, pracując od rana do wieczora w firmie zajmującej się skupowaniem starych samochodów, wracał do domu zwykle późnym wieczorem, a bywało, że i w nocy. Za wszelką cenę chciał zapewnić byt swojej rodzinie, poświęcając temu niemal cały swój czas. Czasem nawet w weekendy wyjeżdżał, zwykle za naszą zachodnią granicę, by wrócić z kolejnym transportem starych aut, które potem z kolegami doprowadzali do stanu używalności i sprzedawali uboższym rodakom.
Oboje nie mieli zbyt wiele czasu, żeby przygotować swoje dzieci do życia w tym, jakże trudnym i czasem niezrozumiałym świecie. Liczyli na to, że same nauczą się bycia obywatelami świata i jakoś sobie poradzą. Z pomocą w tym miała przyjść im telewizja i komputer, które co prawda uczyły różnych rzeczy, ale też robiły w ich głowach spore zamieszanie. Koniecznie potrzebny był im ktoś, kto posortowałby im te wszystkie wiadomości płynące ze szklanych ekranów i podzielił na te dobre i te złe. Ale na to ani Magda, ani Marian nie mieli już czasu. Wyznawali zasadę „Im więcej się ma, tym lepiej się żyje”. Ale żeby mieć, trzeba było zdobyć na to pieniądze. Żeby zdobyć pieniądze, trzeba było na nie zapracować (zakładając, że chce się być uczciwym). I tak wpadało się w obłędne koło, które poruszały tryby ludzkiej chciwości. Co jakiś czas w obłędnym ruchu koła któreś z trybów piszczało złowrogo: Mieć! Mieć! Chcieć! Chcieć! Mieć! Po czym życie „oliwiło” je, albo w najgorszym razie wymieniało zniszczony mechanizm i znów wszystko zaczynało kręcić się od nowa.
Przybywało im sprzętów, drobiazgów, bibelotów. Rosła góra potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy, a wraz z nimi przybywało kłopotów. Im więcej mieli rzeczy, tym częściej coś się psuło i trzeba było oddawać to coś do naprawy. Za naprawę trzeba było zapłacić. Żeby zapłacić, potrzebne były pieniądze. Żeby mieć pieniądze trzeba było pracować… I tak bez końca!
Było oczywiste, że kiedyś wreszcie nadejdzie taki dzień, który skłoni ich do wniosku, że przez to wszystko życie stało się nie do zniesienia. Nic tylko praca i praca. I po co to wszystko? Przecież i tak nie zabiorą tego z sobą na tamten świat.


Matka usiłowała wytłumaczyć jej, że chciwość i zazdrość to taki system naczyń połączonych. Mówiąc prościej, zawsze idą ze sobą w parze. I choć córka w lot to pojęła, nijak nie mogła przejść nad tym obojętnie. Ojciec próbował uświadomić córce coś jeszcze.
Ale na razie do nikogo z nich jeszcze to nie dotarło. A może nigdy nie dotrze?







wtorek, 1 sierpnia 2017

Wielka manipulacja - felieton

Manipulacja. Słowo odmieniane ostatnio przez wszystkie możliwe rodzaje, osoby, przypadki. Manipulacja ma się dobrze. A nawet bardzo dobrze! Manipulować można w zasadzie wszystkim i wszystkimi.
Kiedyś to słowo zastępowane było trzema innymi słowami: Oszukiwanie, okłamywanie, chamstwo.
Teraz wolimy MANIPULACJĘ. Brzmi modniej, daje złudne poczucie, że manipulując czymś lub kimś nie popełniamy jakiegoś większego grzechu, a jedynie ustawiamy wszystko wokół siebie według naszej myśli. Zapominamy przy tym, że to działa w dwie strony.
Narzekamy, że media nami manipulują. Ale to przecież my sami dostarczamy im tematów. Piszemy listy, donosy, robimy tzw. ustawki, czyli zdjęcia z osobami, z którymi nam po drodze, albo wybieramy do zdjęć odpowiednie plenery czy sytuacje. Biada jednak każdemu, kto odczyta je nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali, albo sobie z nas zażartuje. Wtedy pojawia się lament. TO JEST ZMANIPULOWANE!
Wcześniej jednak nie mamy nic przeciwko, żeby pokazać się z każdej możliwej strony. Wystawić na ocenę innych. No cóż, powiedzenie „Mądry Polak po szkodzie” nie wzięło się znikąd. Przed szkodą, czyli wystawiając się na ocenę innych, należałoby raczej w pierwszej kolejności poddać się samoocenie. Pomyśleć, czy to, co zamierzamy zrobić wyjdzie nam na dobre. Niestety, mamy z tym kłopot.
Biadolimy, że gazety nie zawsze piszą prawdę. Najczęściej to, co zleci im sponsor artykułu. Trudno się z tym nie zgodzić. Rodzi się pytanie: Po co więc nadal je kupujemy? Odpuśćmy sobie.
Z telewizją bywa podobnie. Po co więc włączamy kanały, do których mamy zastrzeżenia? Bardziej ze zwykłej ciekawości, czy raczej z przekorności?
I osławione media społecznościowe w Internecie. Tu manipulacja goni manipulację. Wszyscy wszystkim usiłują przedstawić swoją, jedynie słuszną według nich prawdę. Efekt? Zgrzyty. Wzajemne opluwanie się, ogólnie szerząca się nienawiść między ludźmi.
Na przestrzeni dziejów ludzkości MANIPULACJA, czytaj: kłamstwo, chamstwo i oszustwo, doprowadziła już do niejednej wojny. Przyczyniła się do wielu nieszczęść, morderstw, upadków, z których niejeden człowiek nie był już w stanie się podnieść.
Mamy tego pełną świadomość. Dlaczego więc wciąż to robimy?
W tym miejscu z pewnością pojawiłoby się mnóstwo odpowiedzi. Doskonale wiemy jakich. Nie będę ich przytaczała.
Manipulujemy życiorysami swoimi, przyjaciół, sąsiadów, wreszcie ludzi kompletnie nam obcych. Ogólnie mówiąc wszystkich, także narodowych bohaterów. Wkładamy w ich usta słowa, których nie wypowiedzieli. Zarzucamy im czyny, których nie popełnili. Ba, manipulujemy myślami innych ludzi, przedkładając im prawdy rzekomo objawione, nie do końca sprawdzone.
MANIPULACJA, czyli tak zwana USTAWKA, kolejne modne ostatnio słowo. Tak bardzo zawładnęła nami, że już nie wiemy, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz. Pogubiliśmy się. Zagubiliśmy się już nie tylko w owczym pędzie, jaki zafundowała nam współczesna cywilizacja. Pogubiliśmy się w prawdzie. Na własne życzenie. Żeby to zrozumieć, wystarczy wejść na jeden z portali społecznościowych.
Na początek polecam Facebooka. Królestwo hejterów i manipulantów. Królestwa niektórych naszych Znajomych i Nieznajomych rządzą się własnymi prawami. Tu każdy czuje się władcą. Wszystko wie i widzi najlepiej. Nieważne, że urodził się zaledwie dwadzieścia albo trzydzieści lat temu i świat miniony zna tylko z opowieści swoich rodziców, przekazywanych z dziada pradziada, bywa że po drodze przeinaczonych. Albo z książek historii, często także zakłamanej, czy jak kto woli, zmanipulowanej. Ważne, że na tej podstawie wyrobił sobie własne zdanie i teraz ogłasza go światu. Zdanie to jest przy tym, oczywiście według niego, niepodważalne. Najczęściej nie poparte żadnymi dowodami, ale za to jego własne! Jest przecież królem swojej REPUBLIKI MANIPULACJI i on w niej rządzi!
Zapewne mamy w gronie swoich znajomych na Facebooku kilkoro takich osób. Najczęściej staramy się z nimi nie polemizować, bo nie chcemy zniżać się do ich poziomu. Ale czasem trudno to wytrzymać. Zawsze można zablokować ich mądrości, czyli posty. Tylko po co? Warto wiedzieć, co sobą reprezentują.
Ludowe przysłowie mówi bowiem: „Miej przyjaciół blisko siebie, ale wrogów jeszcze bliżej”.
W świecie manipulacji trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Ale nade wszystko nie należy wierzyć w każdą plotkę. Zwłaszcza w te, które szerzą pewne grupy osób mające w tym swój interes. Nawet, jeśli reprezentują je osoby dobrze nam znane, czasem nawet przyjaciele… Często głoszą bowiem post prawdę.
POST-PRAWDA – równie modne ostatnio słówko. Pisane na różne sposoby, razem, osobno, z łącznikiem. Ale zawsze oznaczające to samo. Wielką manipulację.
Socjolog Zygmunt Bauman tak opisał to zjawisko:
„Ludzie korzystają z mediów społecznościowych nie po to, by się jednoczyć, nie po to, by poszerzać swoje horyzonty, lecz przeciwnie – aby utworzyć sobie pewną strefę komfortu, w której jedyną rzeczą, którą słyszą, to echo własnego głosu, odbicie własnej twarzy”.
Myślę, że na tym powinnam zakończyć swój felieton. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

piątek, 21 lipca 2017

Polityk po sześćdziesiątce to dziadek - felieton

Czy Wy też tak uważacie? Moim zdaniem powinno być ograniczenie wiekowe w kwestii kandydowania w wyborach samorządowych i parlamentarnych w Polsce. Osobiście postawiłabym kryterium - do pięćdziesiątego roku życia.
Polityk po pięćdziesiątym, sześćdziesiątym roku życia, to najczęściej mężczyzna lub kobieta żyjący w odrealnionym świecie. W swoim świecie. Dodam, dawnym świecie. Karmi się wspomnieniami i sentymentami do zdarzeń minionych.
Mówi, że ma wiedzę i doświadczenie. Co do tej wiedzy, to śmiem twierdzić, że różnie z tym bywa. Często jest to wiedza zaprzeszła, która nijak ma się do obecnej rzeczywistości. W dodatku obarczona czynnikiem zwykłego zapominania, żeby nie powiedzieć częściowej demencji. I nie jest to moja złośliwość, a jedynie smutna prawda. Powiem inaczej. Wiem co mówię, bo sama jakiś czas temu skończyłam lat sześćdziesiąt.
Wracając do tematu… Z tą wiedzą, nazwijmy ją współczesną, starszy osobnik najczęściej jest na bakier, bo nie zawsze za nią nadąża. Bywa że wielu osobom z tego przedziału wiekowego trudno jest przystosować się nowinek technicznych pojawiających się na rynku, a co dopiero przestawić się na inne, przyszłościowe myślenie. Czasem problem stanowi obsługa zwykłego smartfona czy komputera. Ba! Nawet nowoczesnego telewizora.
Nikt mi nie wmówi, że taki ktoś za wszystkim nadąży. Jeśli nawet, to potrzebuje na to więcej czasu.
Podobnie rzecz ma się z politycznym myśleniem. Do tego, co młodszym kolegom wydaje się na miarę czasu, godne uwagi i wymaga natychmiastowego wprowadzenia, osobnik po sześćdziesiątce podchodzi niezwykle ostrożnie, jak do jeża. Ociąga się w swojej ocenie, broni przed wprowadzeniem nowości. Boi się. Czasem niesłusznie.
Wszystko wymaga analizy, pod warunkiem, że nie ślimaczej. A tak się dzieje w wypadku politycznych dziadków.
Polityczni dziadkowie mają jeszcze jedną paskudną cechę. Są przekonani, że tytuły, stołki i profity należą im się przez zasiedzenie. Ponadto w pamięci mają czasy swojej młodości i najchętniej znów by do nich powrócili. Tyle że to niemożliwe.
Z drugiej strony patrząc, trudno mieć im to za złe. Podobno jest to jedna z cech procesu starzenia, na którą ani oni, ani medycyna nie mają wpływu.
Ale patrząc na to wszystko z boku, rodzi się obawa, iż taki polityk zawsze może być autorem ustawy, która choć trochę go do tych czasów przybliży. A jeśli ma wokół siebie podobnych jak on, istnieje realne zagrożenie, że ustawa zostanie przyjęta.
W obiegu funkcjonuje określenie „życiowa mądrość”. Pod tą życiową mądrość starają się czasem podpiąć niektóre starsze osoby (cały czas mowa o politykach) i wykorzystać jako atut podczas sprawowania swoich obowiązkach w samorządach , w Sejmie, w Senacie.
Każde powiedzenie skądś się bierze. Także to, że „głupieje się na starość”. I to powinno być przestrogą dla wszystkich potencjalnych wyborców. I choć do następnych wyborów jeszcze bardzo, bardzo daleko, pamiętajcie o tym Młodzi Ludzie, pełni zapału i energii. Nie wybierajcie na swoich przedstawicieli w samorządach i w rządzie starych dziadków. Pamiętliwych, złośliwych i zawziętych. Bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Właśnie macie tego dobry przykład. Wystarczy włączyć telewizor… Może im w życiu nie wszystko wyszło zgodnie z ich oczekiwaniami, ale Wy wciąż macie szansę uczynić go lepszym.

czwartek, 13 lipca 2017

Czy każdy musi być patriotą?

- No, powiedz mi! Czy ja muszę być patriotą? – Tymi słowami przywitał mnie dzisiaj mój kuzyn Michał.
Zaskoczona nie wiedziałam, jakiej udzielić mu odpowiedzi. Na jego twarzy malowało się wyraźne poirytowanie, żeby nie powiedzieć, zdenerwowanie.
Okazało się, że powodem tego były dwie starsze panie. Obie w wieku siedemdziesiąt plus, które od pewnego czasu, usiłowały przekonać jego i żonę Michała do swoich poglądów na życie, a zwłaszcza religijnych i politycznych upodobań. Jak na jego gust, zbyt często odwiedzały ich dom, stale się naprzykrzając.
- Nie rozumiem, dlaczego uparły się akurat na nas – narzekał. – Co ich tu stale przyciąga?
- Może ty? Stale chodzisz w domu i w obejściu w slipach – próbowałam zażartować.
Michał skrzywił się niemiłosiernie, ale nie znalazł kontrargumentów.
Żona Michała nieraz narzekała na jego brak kultury osobistej, nie tylko w tych sprawach. Próbowałam więc trochę go zawstydzić, ale nic sobie z tego nie robił.
Starsze panie wyraźnie nie przypadły mu do gustu. Tłumaczył, że mógłby nawet nad ich nazbyt częstymi wizytami przejść do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że rozsiewane przez nie życiowe mądrości nijak nie przystawały do nowoczesnej wizji świata Michała.
- Łażą z tymi kijami (nordic walking) po wsi i wszystkim usiłują narzucić swój pogląd myślenia! Dodam, że durny i rodem z ciemnogrodu! – Wściekał się, nie żałując obraźliwych słów pod ich adresem.
Opowiedział, że zazwyczaj składają im wizytę niezapowiedziane.  Niestety trasa ich przemarszu przebiega koło domu kuzynostwa. Za każdym razem ich odwiedziny trwają dwie, czasem i trzy godziny. Wypijają mnóstwo kaw i herbat. Zjadają kilogramy darmowych ciasteczek. Po czym, jak gdyby nigdy nic go opuszczają, pozostawiając w nim poirytowanych domowników.
- Stale rozmawiają o chorobach i imigrantach. O polityce, o której tak naprawdę nie mają pojęcia, a jedynie swoje domysły i żądania – żalił się Michał.
Współczułam mu w tym względzie, bo nie ma chyba nic gorszego, niż sfrustrowani ludzi, którzy nie mają poczucia czasu, dodam, że i wstydu, i nie przejmują się tym, iż nie są mile widziani w naszych progach i zabierają nam drogocenny czas. Dziwiłam się jednak, że żadne z nich, ani Michał, ani jego żona nie potrafią wykazać się choć odrobiną asertywności. Należałoby im przecież w mniej lub bardziej delikatny sposób dać do zrozumienia, że ich wizyty są dla nich uciążliwe.
- To raczej niemożliwe – skwitował moją uwagę w tym temacie kuzyn. A potem dodał:  – Na śmiertelnej obrazie by się nie skończyło. Każda rozmowa z nimi schodzi zawsze na jeden temat, który zdawać by się mogło, zamyka wszystko. Przede wszystkim zaś szufladkuje ludzi, dzieląc ich na patriotów i zdrajców narodu.
Nie musiał nic więcej dodawać. Wiem jak to działa. Mieszkam na wsi. Tu wszystko rozchodzi się z szybkością ponaddźwiękową. Ubarwione i przeinaczone. Nie dziwiłam się więc, że żona Michała nie chciała narażać się na obmowę i niesłuszne posądzenia. Ale kontakt z tymi toksycznymi osobami żadnemu z nich nie wychodził na zdrowie. Koniecznie trzeba było coś z tym zrobić.
- Już nie wystarcza tabliczka z napisem „Uwaga, zły pies”, powieszona na bramce ogrodzenia i udawanie, że nie ma nas w domu. Potrafią tak długo przyciskać na dzwonek, że mało co, a by go zepsuły – biadolił Michał.
- Może trzeba zmienić tabliczkę? – żartowałam. – Na taką z napisem: „W tym domu panuje ospa”. Albo malaria. Albo coś innego, równie odstraszającego.
Po chwili wpadłam na jeszcze lepszy pomysł. Uznałam bowiem, że jedynie, co może ich zrazić, to osoba, która jest w stanie obalić wszystkie ich argumenty. Należałoby ją zaprosić podczas kolejnego „najazdu obrończyń ojczyzny” i zaprosić do dyskusji.
Michał jednak złapał się za głowę.
- To by była katastrofa! Te stare baby mają w sobie tyle siły i nienawiści, że jeszcze gotowe przyłożyć mu tymi kijami!
Rzeczywiście, w tej sytuacji mój pomysł wydał się być mocno infantylnym. Wyglądało na to, że elektorat ojca Rydzyka jest na tyle mocny, iż nie do ogarnięcia.
Tymczasem Michał kontynuował rozpoczęty przez siebie temat.
- Dlaczego wszyscy muszą być patriotami? I co to słowo na dobre znaczy? Bo każdy rozumie go inaczej – pytał kolejny raz, właściwie chyba sam siebie, bo ja nie umiałam na nie odpowiedzieć.
W czasach młodości starszych pań patriotyzm miał nieco inny wymiar i znaczenie. Teraz, po wielu latach, w czasach pokoju, ale też i zupełnie innych zagrożeń niż dawniej, już nie jest to takie oczywiste. Każdy pojmuje go zupełnie inaczej. Michał także.
- Dlaczego mam wychwalać pod niebiosa nasz kraj, skoro wcale nie jest ani taki piękny, ani taki przyjazny dla nas, rodaków? Przez osiem miesięcy jest zimno, szaro i ponuro. A przez pozostałe cztery trochę słońca, na przemian z deszczem. Na ogrzewanie trzeba wydać połowę zarobionych pieniędzy, podczas, gdy w innych krajach o wiele mniej. Ludzie są tu zawistni, nieuczynni, nietolerancyjni wobec innych – wyliczał Michał. – Zafiksowani na siebie… Czemu mam bronić kraju i na dobrą sprawę przed kim, skoro sami wybierają coraz to gorszych przedstawicieli władzy? Przecież tak chcą…
- Poza tym, mnie na przykład podoba się język angielski, hiszpański, włoski i jeszcze parę innych – mówił.  – Dlaczego więc mam walczyć o czystość rodzinnej mowy? Wolałbym, żeby na świecie był jeden wspólny język, zrozumiały dla wszystkich. Czy to znaczy, że nie jestem patriotą?
- Albo, czemu mam przytakiwać starszym osobom i zgadzać się z ich poglądami na temat przyjęcia imigrantów? Przecież ci ludzie uciekają przed wojną? Błagają o pomoc, nas, katolików! A to, że najwięcej jest wśród nich młodych mężczyzn, to dla mnie zrozumiałe. Gdy Polacy wyjeżdżali na Zachód, to kto najpierw wyjeżdżał pierwszy? Młodzi, zdrowi mężczyźni! Przecierali teren, zdobywali pracę, wynajmowali mieszkania, a dopiero potem sprowadzali rodziny. Na dodatek byli w tej dobrej sytuacji, że nie musieli uciekać z kraju przed wojną, tylko wyjeżdżali, aby zdobyć lepiej płatną pracę.
To prawda. Nikt ich, Polaków, nigdy nie wyrzucał z krajów, do których się udawali. Wręcz przeciwnie. Ktoś postronny mógłby jednak powiedzieć: „No, dobrze, ale Polacy to przecież nie terroryści”. Teoretycznie nie. Ale i wśród naszego narodu zdarzały się i nadal występują jednostki nieprzystosowane społecznie. Wszystko bowiem zależy od motywacji do działania. I w ten sposób koło się zamyka.
Michał rozkręcił się na dobre. Nasłuchałam się tego, oj, nasłuchałam! Wciąż jednak nie wiedziałam, o co chodzi z tym patriotyzmem, przed którym tak się wzbraniał. Bo, że kuzyn na ten temat miał odmienne zdanie niż starsze panie, to już wiedziałam.
Patriotyzm, wielkie słowo. Ale czy rzeczywiście? Zaczęłam się nawet zastanawiać, że być może w ogóle go nie ma, tego patriotyzmu. A jeśli nawet istnieje, to mocno zdewaluowany.
W pewnej chwili przyszło mi coś na myśl. Pomyślałam, że może będzie to dobrym argumentem w kwestii obrony patriotyzmu.
- A wojna? – spytałam Michała? – Gdy znaleźliśmy się w tragicznym położeniu, ludzie potrafili jednak się zjednoczyć i wspólnie działać.
- Słuszna uwaga. Potrafili. Czas przeszły, dokonany – odrzekł Michał. – Teraz, gdyby coś złego zaczęło się dziać w naszym ukochanym kraju, natychmiast uciekliby do innych krajów. Ty nie? – spytał na koniec.
- Sama nie wiem. Być może, że ja też… - nagle zalała mnie fala wątpliwości.
- A widzisz! Czyli zero patriotyzmu! Bo, gdzie jest napisane, że mamy obowiązek być patriotami?
- Nie wiem… może w naszych sumieniach? – zastanawiałam się.
Z sumieniami jednak różnie bywa. Jedni słuchają ich głosu, inni nie. I tym sposobem znów byłam w punkcie wyjścia. A może jednak kuzyn miał rację? Nie każdy musi być patriotą. A, jeśli nie jest, to co? Od razu automatycznie jest zdrajcą narodu? No nie!
Przyznam, że tego dnia długo jeszcze się nad tym zastanawiałam. Niestety, wciąż nie znam dobrego wytłumaczenia. Ostatnie pytanie Michała sprawiło, iż pomyślałam, że słowo patriotyzm, niestety, jest już chyba mocno zdewaluowane.

niedziela, 25 czerwca 2017

OGŁOSZENIE SINGLA

Sprzedam, zamienię
samotność
na blaski i cienie poranków i nocy
na godziny  miłością utkane
na spacery przy blasku księżyca
na rozmowy przy świecach

oddam za darmo
puste miejsce przy stole
żal, co duszę wypełnia
smutki i niepokoje

dodam w pakiecie
smartfon i zegarek
najnowsze ubrania
słynnych marek
oddam to i jeszcze więcej
oddam komuś swoje serce…